"Szanowny Panie Lucjanie.
Odmawiam ci świadkowania w kościele przy twoim ślubie; wczorajsze zachowanie się twoje, pomijając wszelkie najskromniejsze nawet wymagania hiszpańskiego ceremoniału zaprosin - jaki w całej Polsce panuje - uwalnia mnie w zupełności od uczynienia zadość prośbie twojej, tym bardziej, że żadnego kłopotu mieć nie będziesz, gdyż możesz sobie wziąć kogokolwiek, kogo potem na wesele nie zaprosisz".
Tak - sucho i oficjalnie - 18 listopada 1900 roku pisał Stanisław Wyspiański do swego najserdeczniejszego przyjaciela Lucjana Rydla, od dzieciństwa przezeń Luckiem nazywanego.
List, jako pilny, wysłany został na dwa dni przed ślubem Rydla z Jadwisią Mikołajczykówną.
O nieba! Niewiele brakowało, by literatura polska nie otrzymała nigdy - Wesela...
Spójrzmy na kalendarz. Rozmowa, która tak uraziła autora Warszawianki, odbyła się w dniu ślubu... samego Wyspiańskiego. Nie wspominają nigdy liczne, poświęcone temu artyście monografie o owej zaskakującej zbieżności w czasie obu, jakże bardzo różnych, "wesel".
I oto wyłania się pytanie: czy obraza na przyjaciela nie wynikała z jego nienależytego uhonorowania pani Wyspiańskiej?
Czy istotnie dobroduszny, wiecznie spieszący się, rozgadany Rydel popełnił jakiś nietakt w stosunku do przyjaciela lub nielubianej i nieuznawanej od lat, nie tylko przez rodzinę Wyspiańskiego, ale i artystyczne środowisko Krakowa - Teofili? - trudno tego dzisiaj dociec. Faktem jest jednak, że musiał przyjaciela udobruchać, bo Wyspiański na ślubie jego świadkował i przybył do Bronowic na weselne uroczystości - w drugim dniu tradycyjnego obrzędu, dniu zabawy i czepin, odbywających się w sąsiadującym z domem Mikołajczyków dworku Tetmajera. Dworku, który za lat kilka odkupić miał od szwagra Pan Młody-Rydel, zamieszkując tu wraz z powiększoną już wówczas o dwoje dzieci rodziną (stąd dzisiejsza nazwa: Rydlówka).
A może nie tylko przeprosiny Rydla, ale i piękna obrzędowa forma zaprosin chwyciła Wyspiańskiego za serce: wizyta weselnych drużbów - Jaśka, Jadwisinego brata i Kaspra, wójtowego syna - którzy z całą paradą, w krakowskich strojach, na koniach, zjechali na plac Mariacki, by pokłonić się artyście w jego pracowni i zaprosić na bronowickie weselisko?
Przyjechał na nie Wyspiański z żoną i czteroletnią córeczką, Helenką. Matka i dziewczynka wystąpiły w krakowskim stroju. Teofila nosiła go stale (znane są portrety żony w tym właśnie, kolorowym ubiorze), Helenka zapewne również. Nie tylko zresztą zgodnie z "konarską" tradycją matki, ale i rodzinną tradycją ojca. Wyspiański jako dziecko wraz z małym swym, zmarłym później, braciszkiem, również paradował w mieszkaniu pod Wawelem w krakowskiej sukmance. Córka Wyspiańskiego siedziała wraz z dziećmi Tetmajera w tanecznej izbie na przypiecku, Teofila bawiła się znakomicie. Przez pół nocy wywijała mazury i polki z największym zabijaką wiejskim - Marońcią, Wojciechem Maroną, który miał zwyczaj tańczyć w... kapeluszu na głowie.
Ze wspomnień Teofili Wyspiańskiej można sądzić, że już jadąc do Bronowic myślał poeta o jakiejś formie spisania swych wrażeń. Prosił rzekomo żonę, by pilnie na wszystko uważała i korzystać miał przy pisaniu dramatu także z jej relacji. Jeszcze niedawno krążyły rodzinne opowieści o tym, jak to Wyspiańska do końca życia opowiadała, że pomieszczona w "Weselu" piosenka A jak będzie słońce i pogoda... była jej ulubioną śpiewką, którą często mężowi nuciła. "Dam ją do `Wesela` i tak przejdziesz do literatury" - miał powiedzieć Wyspiański Teofili...
Wesele! 16 marca 1901 r. - niespełna cztery miesiące od bronowickiego weseliska - tea-tralna premiera. Powszechny szok. Awantury w teatrze (zwracanie ról przez aktorów) i awantury w mieście (matka Rydla, zmieniająca nocą na afiszach imiona bohaterek, by jej córka, Hania, nie stała się pośmiewiskiem...). Zachwyt i oburzenie. Uwielbienie (wieniec dla autora z cyfrą 44) i kpiny. Krańcowo różne opinie recenzentów, krańcowo różne reakcje "Weselnych" bohaterów. pełen zachwytu list Tetmajera: ("Pierwszy raz w życiu dzieło sztuki zrobiło na mnie takie wrażenie, że płakałem, jak małe dziecko... Zajrzał mi Pan w głębię mojej duszy... Król Duch zamieszkał w Panu.") i obraźliwy list Rydla, oburzonego nie tyle ukazaniem żony Jadwisi w zbyt ostrym, nieprawdziwym zresztą, świetle, ale dyshonorem, wyrządzonym ukochanej siostrze, "Weselnej" Haneczce, zbyt ochotnie tańczącej z wiejskimi chłopakami.
Żali się dni kilka po premierze Wyspiański do wspólnych znajomych: "Lucek Rydel mówi, że mi pyski zbije za Haneczkę, a ja przecież pannie Haneczce w niczym nie chciałem ubliżyć...". A do przyjaciela, doktora Nowaka, mówił: "O, teraz to mnie już nikt na wesele nie zaprosi".
Wesele zaś biło rekordy powodzenia. Do końca roku dano 31 przedstawień - zjawisko w owych czasach cotygodniowych premier i zdejmowania tytułów z afisza po kilku spektaklach, niebywałe. Przez lat kilka sztuka utrzymywała się w repertuarze.
Niedoceniany dotąd - ani jako malarz, ani jako poeta - jej autor znalazł się nagle na artystycznym świeczniku. Za sławą i honorami poszły apanaże. A żył Wyspiański od lat w ciągłych tarapatach finansowych. Jeszcze 15 lutego tego roku, w przeddzień ukończenia Wesela - pisał do dra Nowaka: "Zwracam się do pana, czy nie zyskałbym kredytu, jakich 30 guldenów. Jeżeli to możliwe, to bym prosił teraz, zważywszy, że mnie drogi Pan upoważnił do podobnych napaści. "Wesele" kończę już i jest możebne, że będę w niedzielę czytać w teatrze i że za dwa tygodnie byłoby już grane. Tak mówią najtrudniejsze kancelaryjne powagi miejskiego teatru. Do miłego widzenia - Kraków, prowincja Krowoderska".
A w kilka tygodni potem, równo w tydzień po "Weselnej" premierze, 23 marca wysłał list do dyrektora teatru, Józefa Kotarbińskiego, w którym to liście - namówiony przez Teofilę ("Jak to dobrze mieć kochającą żonę...") - żąda podwyższenia stawki honoracyjnej od przedstawienia: "`Wesele` jest to dramat, na którym Kochany Dyrektor nie traci, teatr bywa wyprzedany, pełno jest ludzi - nie dajecie biletów za darmo byle komu, bo przyjdą i tak - więc nie nadużywam teatru, jeśli chcę od wieczora 100 złr., bo dla mnie to teatr zrobić może, bo jest tym razem warto...".
Jest tym razem warto!
Przyjaźń z Rydlem nie powróciła już nigdy do dawnej serdecznej zażyłości. Ale Rydel - sam poeta, choć miał żal do Wyspiańskiego, nie mógł nie docenić artystycznej rangi i patriotycznej siły Wesela. Jak notowała w swoim (nie opublikowanym) pamiętniku krakowska kronikarka, Aleksandra Czechówna: "Lucio... `Wesele` stawia bardzo wysoko, może go nawet i przecenia, a kiedy ja podnosiłam moje zarzuty, odpowiedział: `To trudno, proszę pani! Kiedy koń się znarowi i ciągnąć nie chce, trzeba go czasem ciąć do krwi.` Wyspiański tak nas ciął do krwi i zarzutu mu z tego robić nie można".
A więc owe "pyskowe" groźby Pana Młodego, o których z ironią opowiadał Wyspiański, były z pewnością mocno przesadzone...
KRYSTYNA ZBIJEWSKA
Powyższy fragment pochodzi z wydanej obecnie przez Galicyjską Oficynę Wydawniczą bogato ilustrowanej książeczki autorki pt. Przybliżyć "Wesele".