Okładka książki Stanisława Waltosia ''Krajobraz ''Wesela''''

Krajobraz "Wesela"

Stanisław Waltoś


Wydanie drugie, zmienione i uzupełnione
Bochnia - Kraków 1992
Prowincjonalna Oficyna Wydawnicza "EXARTIM"


       Bronowice Małe nigdy nie były tak piękne, jak wiele innych polskich wsi. Ani rzeźba terenu, ani układ wsi, ani w końcu jej architektura nie były szczególnej urody. A mimo to to wieś podkrakowska zyskala w Polsce sławę niezwykłą. Bo osobliwa była jej rola w okresie Młodej Polski, w latach 1890 - 1918.
       Los wplótł ją do dziejów polskiej kultury, więcej, zauroczenie artystów folklorem Bronowic, a potem działalność artystyczna ludzi tam mieszkających były w historii naszej kultury zjawiskiem wyjątkowym. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że żadna inna ze wsi polskich nie wywarła tak wielkiego na nią wpływu. Oczywiście może ktoś przytaczać przykłady inspiracji innych wsi, choćby Gorzenia Górnego (literacka Grupa Czartaka) lub Lipiec Reymontowych. Nie sposób oczywiście negować roli tych przykładów, ale nie są one w stanie zdystansować Bronowic. Wpływ tej wsi był wszechstronny: na malarstwo, muzykę, literaturę. W tej ostatniej znaczony nie jednym dziełem, ale pokaźną ich ilością, i to nie byle jakiej wagi. Stąd szła fala przełomu.
       Ale zanim bardziej szczegółowo o tym wszystkim, a zwłaszcza o Rydlówce w Bronowicach, najpierw garść informacji o samych Bronowicach.
       Początki Bronowic toną w domysłach. Nie wiadomo, kiedy pierwsze domy wyrosły na terenie dzisiejszej wsi, kim byli pierwsi osiedleńcy. Badania W. Taszyckiego i K. Rymuta dowiodły, że najbardziej prawdopodobne jest patronimiczne pochodzenie nazwy wsi, a więc od jakiegoś Bruna, Brunona. Imię wyraźnie obcego pochodzenia. W akcie lokacyjnym z końca XII wieku występuje już nazwa Brunowice. Przez późniejsze dokumenty przewijają się różne jej odmiany: Brunowicz, Brunowic, Bronowicze.
       Oficjalna historia wsi zaczyna się w dniu 9 maja 1294 roku, gdy zostal wydany akt lokacyjny. Wieś była już własnością każdorazowego proboszcza kościoła Mariackiego w Krakowie. Stanowiła jego osobiste uposażenie, czyli tzw, prebendę. Dokument wydał proboszcz tego kościoła, ks. Reinhold, powierzając w nim lokację wsi na prawie magdeburskim mieszczanom krakowskim: Dytmarowi Ketscherowi i jego synowi Krystianowi. Obaj kolejno zostali sołtysami, jako że sołectwa były dziedziczne. Jeden z późniejszych sołtysów, Stefan Gallicus, był nawet sędzią i świadkiem w sądzie na Zamku Krakowskim, był też, jak poprzednicy i następcy, obywatelem Krakowa. Bronowickie sołectwo, na które łakomili się krakowscy mieszczanie, często bywało przedmiotem różnych transakcji: kupna, sprzedaży, zastawów, podziałów. W końcu -na fali masowych wykupów sołectw w Polsce przez szlachtę i kościół - przeszło w 1537 roku na własność proboszcza kościoła Mariackiego. Skończył się wówczas samorząd wiejski, we wsi rządził odtąd sołtys mianowany przez proboszcza kościoła Mariackiego, niedziedziczny, zwany popularnie wójtem. Miejsce dworu sołtysa zajmuje dwór kościelny, zwany później Mariackim. Powstaje też folwark kościelny.
       Rośnie stopniowo wyzysk chłopów. Ułatwia go wykup sołectw, zwiększenie władzy właścicieli wsi. Rozwija się eksportowa produkcja zboża i innych płodów rolnych, silnie zależna od areału i siły roboczej. Już w XV wieku wybuchł spór między wsią a proboszczem o pańszczyznę i czynsz. Zakończył się przegraną chłopów. W 1429 r. Sąd Kapituły Krakowskiej orzekł, że mają oni obowiązek pracy dla dworu przez jeden dzień w tygodniu. Zdaniem ks. A. Gigonia, badającego kiedyś dzieje wsi, data to oznacza początek pańszczyzny w Bronowicach. Z upływem lat, szczególnie od XVI w., wymiar pańszczyzny stopniowo zwiększał się, aż doszedł do czterech dni w tygodniu.
       Zaludniały się też coraz bardziej Bronowice Małe: z 16 rodzin w XV wieku, do 55 rodzin w końcu XVIII wieku (1798 r.) -mimo wojen, zniszczeń, kontrybucji, rekwizycji przez obce i własne wojska, mimo coraz bardziej trudnego życia. Niemniej nie było ono tak rozpaczliwe, jak to, które stało się udziałem chłopów w znakomitej większości wsi pańskich. Zawsze jeszcze można było się odwoływać do kapituły, do biskupa krakowskiego.
      
Domy w Bronowicach rozrzucone bez ładu - fot. K.K. Pollesch
W tej szarzyźnie, przerywanej klęskami, większym wydarzeniem był pobyt króla Jana Kazimierza w Bronowicach w 1656 r. po odzyskaniu Krakowa od Szwedów. Monarcha zatrzymał się we dworze, oczekując przygotowania mu rezydencji w zniszczonym i obrabowanym mieście.
       XIX wiek to pasmo zatargów między bronowiczanami a proboszczem o rozmiary ciężarów. Dopiero decyzja Komisji Włościańskiej z 1833 r. zwolniła chłopów z obowiązku odrabiania pańszczyzny. Likwidacja jednak czynszów, serwitutów i dziesięciny ciągnęła się prawie aż do końca XIX wieku.
       Bity gościniec, rozszerzenie się zabudowy miasta i wsi zbliżyły Bronowice do Krakowa. Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego z 1880 r. odnotował, że Bronowice Małe i Wielkie razem wzięte miały 190 domów i 1371 mieszkańców. Obie wsie skowane zostały wkrótce systemem fortyfikacyjnym: Kraków był twierdzą austriacką. Znacznie to zatamowało rozbudowę wsi w kierunku zachodnim.
       Wyraźne zmiany w obliczu Bronowic przyniosło dopiero zniesienie twierdzy po odzyskaniu niepodległości i ożywienie gospodarcze w pierwszym dziesięcioleciu II Rzeczypospolitej, a głównie lata po drugiej wojnie światowej. Zaczęło się upodabnianie Bronowic Małych coraz bardziej do przedmieść Krakowa. Okupant włączył je do miasta w 1941 r. Formalnie jednak stały się one częścią Krakowa po wydaniu rozporządzenia Rady Ministrów w dniu 25 X 1948 r.
       Pofałdowanie terenu było jedną z przyczyn pewnego bezładu zabudowy. Jeśli dobrze wpatrzeć się w mapę wsi, rzuci się w oczy osobliwa cecha jej rysunku przestrzennego. Zabudowa wsi przybrała kształt jakby wideł, jakby litery "Y". Ten typ zabudowy nazywa się w języku fachowym "widlicą".
       Ulica Tetmajera tworzy podstawę pionową, z której rozchylają się widełki: jedno ramię w postaci dalszego przedłużenia tej ulicy, ale odchylone nieco w prawo i drugie, wyznaczone przez Micę Pod Strzechą.
       Miejsce rozwidlenia zawsze było punktem centralnym wsi. Tu znajdował się staw, upamiętniony w obrazach Włodzimierza Tetmajera, zasypany po II wojnie światowej. Tu niedaleko, była studnia, z której korzystała prawie cała wieś. Istnieje ona wprawdzie nadal, ale w zmienionej postaci. Dzisiaj jest to żelazna pompa ręczna. Tuż obok była karczma, a właściwie dwie karczmy: stara i nowa. Stara była drewniana, na przełomie XIX i XX wieku prowadził w niej wyszynk Hirsz Singer, który także to mieszkał ze swoją liczną rodziną. Obok stała nowa murowana, brzydka jak inne domy z cegły, zajmujące z biegiem czasu miejsce starych chałup. W okresie międzywojennym czynna była już tylko nowa. Stara zapadała się coraz głębiej, opustoszała, aż wreszcie w latach 60. rozebrano ją doszczętnie.
       Stoi także kamienna kuźnia, czynna do dziś, jedna z nielicznych już w okolicach Krakowa. Na szczytach widełek dwa inne punkty: kościół parafialny i "Tetmajerówka". Widoczny z daleka kościół parafialny wznosi się na najwyższym pagórku wsi, a końca ulicy Pod Strzechą. Bryła kościoła (powstałego w 1967 r.), to dawny dwór Mariacki; a dokładniej, dwór archiprezbitera kościoła Mariackiego. Do 1979 r. architektura kościoła nawiązywała do tradycji dawnego dworu. Od strony ulicy Pod Strzechą fasad zdobi portyk, wznoszący się na czterech kolumnach żelbetonowych. Fasada główna, widoczna z ulicy Tetmajera miała natomiast piętno sakralne. Było to zaskakujące połączenie dworu z kościołem. W ten sposób przywoływany był do pamięci fakt istnienia pierwszego dworu w tym miejscu już w XVI wieku i drugiego z pierwszej połowy XIX wieku. W latach 1979 -1980 kościół został powiększony, właśnie kosztem portyku. Znikł, więc rzucający się do tej pory w oczy ślad dawnego dworu Mariackiego. Ostatnią, ale już ukrytą pozostałością dworu, są piwnice dzisiejszego kościoła, chyba jeszcze XVI wieczne.
       W kościele zaś godny uwagi ołtarz Matki Boskiej z, XVIII wieku, pochodzący z kościoła Mariackiego. Z prawej strony od wejścia, na wewnętrznej ścianie fasady głównej, tryptyk pędzla Leona Kowalskiego z pierwszych lat XX wieku, przedstawiający adorację Dzieciątka w Bronowicach. Matka Boska to dziewczyna bronowicka; wszystkie postacie na obrazie są swojskie, tutejsze.
       Przy kościele budynki dawnego folwarku oraz stara oficyna dworska z pierwszej połowy XIX wieku.
       Na drugim ramieniu, przy ul. Tetmajera, również na pagórku, dom zwany Tetmajerówką, dawny dworek franciszkański, wybudowany w pierwszej połowie XIX wieku. A nieco bliżej Krakowa, w tej samej linii: Rydlówka.
       Dawna wieś Bronowice Małe główne ulice ma pokryte asfaltem, ma i chodniki, choć nierówno ułożone, ma wodociągi, ale bez kanalizacji. Wielkie osiedle w swej brzydocie prawie doskonałe, zwane "Widokiem", a wylotu ulicy Zielony Most, wypełniło ostatnią wolną przestrzeń dzielącą je od miasta. Bronowice stały się, więc jego urbanistyczną cząstką. Sporo to nowych, niestety w większości brzydkich domów jednorodzinnych, rozrzuconych po dawnej wsi bez ładu i składu.
       Skarbem Bronowic był folklor, a jego pierwszym rzucającym się w oczy przejawem drewniane budownictwo mieszkalne, po prostu chałupy, rozrzucone po pagórkach.
       Płomienie trzech groźnych pożarów Bronowic Małych w latach 1908, 1912 i 1916 pochłonęły sporo chałup. Z kolei duży pożar w 1936 r. spopielił dworskie stodoły i rosnące przy nich stare, wielkie lipy. Do dalszych strat w stanie budownictwa drewnianego w Bronowicach przyczyniły się naturalne procesy zużycia, brak dbałości o stare domy, rozbiórki chałup, które musiały ustąpić miejsca nowym domom, już murowanym.
       Tak, więc dziś niewiele, bo zaledwie 15 autentycznych chałup wiejskich znajduje się w Bronowicach. Nie domów, ale "chałup", gdyż tak je we wsi nazywano. Najstarszą z nich, ale bardzo przebudowaną, jest chałupa przy ul.Zielony Most 8. Na stragarzu można odczytać datę jej budowy: rok 1845. Stara kuźnia w Bronowicach, już dziś nieczynna; fot.K.K. Pollesch
       Ciekawym obiektem był piękny spichlerz dworski, zrębowy z 1646 roku. Zupełnie niepotrzebnie rozebrany, czeka na ponowne złożenie na terenie przyszłego skansenu obok "Rydlówki".
       Eugeniusz Duda, autor bardzo ciekawego studium poświęconego tradycyjnemu budownictwu ludowemu w Bronowicach Małych, zwrócił uwagę na pewne zjawisko architektoniczne, dotąd zupełnie niedostrzegane: domy murowane powstające stopniowo od drugiej połowy XIX wieku, (najstarszy istniejący, przy ul.Tetmajera 38, zbudowano w 1868 r.) były kontynuacją chałup drewnianych. Były parterowe, dwutraktowe, z sienią na osi, kryte siodłowym dachem z dachówki, a niekiedy nawet strzechą. Jak chałupy zawsze bielone z domieszką niebieskiego barwnika. Ubogie i skromne, jak dawne drewniane, tylko że większe. Jeszcze nie zagrzybione, i nie paliły się tak łatwo, jak chałupy.
       Po roku 1945 bezładność zabudowy jeszcze silniej podkreśliły już współczesne domy jednorodzinne. Byle jakie, bez śladu jakiejkolwiek inwencji architektonicznej, takie w jakie obrastała cała Polska, rodem z projektów typowych. Poprawę przyniosły dopiero lata osiemdziesiąte. Pojawiły się domy ładne, nawet z dachami spadzistymi, mieszczące się dobrze na stokach i we fałdach Bronowic. Niestety, to co zepsuło dawną wieś, zostanie już na wiele dalszych pokoleń.



       Typowa chałupa była zawsze drewniana, budowana z belek. Konstrukcja ścian była znacznie zróżnicowana. W Bronowicach występowały trzy typy: zrębowa, zrębowo-słupowa i słupowa.
       Konstrukcja zrębowa, zwana węgłówką, polegała na tym, że ściany wznoszono z kładzionych poziomo belek łączonych w narożach na nakładkę, z wystającymi na zewnątrz końcami, czyli tzw. ostatkami. Węgłówka była bardzo kosztowna, stać na nią było tylko bogatszych gospodarzy. Długie i grube bierwiona zawsze były bardzo drogie.
       Mniej zamożni stosowali konstrukcję zrębowo-słupową. Nie stać ich było na belki odpowiadające całej długości ściany. Budowali, więc chałupy z krótszych. Łączono je przy pomocy tzw. łątek. Łątki to pionowe słupy z wyżłobieniami, w które wchodziły z obu stron belki, tworząc ścianę budynku. Chałup o konstrukcji słupowej było niewiele. Ściany składały się z pionowo ustawionych belek na przyciesi. Zachowały się w Bronowicach tylko trzy budowle tego typu. Najczęściej jednak konstrukcję tę stosowano w różnego rodzaju przybudówkach. Dawniej miały dachy czterospadowe, kryte strzechą, gładkie, jakby ze schodkiem ("jeżem") nad okapem.
       Większość chałup była malowana na niebiesko (na siwo). Malowano bądź całe lica ścian, bądź też tylko poziome pasy z wyschniętej gliny między belkami.
       Jak zewnętrzna, tak i wewnętrzna architektura nie była skomplikowana. Chałupę dzieliła sień biegnąca przez jej środek, z lewej strony była izba mieszkalna, z prawej komora. Do izby przylegała stajnia połączona z oborą.
       Tylko bardziej zamożnych chłopów stać było na osobno stawiane stajnie. Wówczas chałupa takiego chłopa miała jeszcze jedną niewielką izbę świetlicę, czyli izbę paradną oraz dodatkową komorę.
       Nieprawdą jest, jak niektórzy twierdzą, że w Bronowicach stodoły zawsze budowano osobno. W gospodarstwach małorolnych często przylegały do chałup.
       Izba w chałupie bronowickiej bawiła oczy meblami w kwiaty malowanymi. Nad łóżkiem wisiała żerdź na ubrania noszone na co dzień, na ścianie w rzędzie obrazy świętych. Znamienna była główna belka podtrzymująca strop, zwana stragarzem. Na środku stragarza żłobiono zawsze gwiazdę sześcioramienną, po jej bokach zaś rok budowy i werset modlitwy, czasem nazwisko gospodarza, który postawił chałupę.
       W Bronowicach jeszcze do dziś w niejednym domu znajduje się jakiś ludowy mebel. Staje się jednak prawie z dnia na dzień coraz większą osobliwością. Moda we wsi na meble "miejskie", pogoń kolekcjonerów z miasta za okazami sztuki ludowej, dewastacja starych chałup, oczyściły w znacznej mierze Bronowice ze starych sprzętów ludowych.
       Wśród zachowanych najczęstsza jest skrzynia, reprezentująca typ skrzyni krakowskiej. Zazwyczaj pochodziła ze Skawiny, gdzie był największy ośrodek ich wyrobu (czasem kupowano też wyrabiane w Morawicy, Tyńcu, Kaszowie i Czernichowie). Ma ona wieko płaskie, posiada wewnątrz tak zwany półskrzynek, czyli skrytkę, zajmującą całą jej szerokość, z reguły z lewej strony. Niektóre nawet mają dwa półskrzynki. Skomplikowane często systemy ukrywania i zamykania półskrzynków, gwarantowały ochronę przed kradzieżą tych przedmiotów, które dla właściciela chałupy były najcenniejsze. Od połowy XIX wieku skrzynia zwykle zamiast nóg miała kółka. Malowana była zawsze. Uderzała jaskrawą ornamentyką roślin, rozmieszczoną symetrycznie. Skrzynie znajdujące się w Bronowicach, a pochodzące ze Skawiny, ściany licowe miały z reguły podzielone na cztery pola zdobnicze w kształcie prostokątów. Każde z tych pól znaczone odmiennym kolorem tła i ramką. Typowym dla wszystkich skrzyń krakowskich był motyw wolich oczu i kwiatonów wyrastających z dzbanków o esowatych uszach. Świadczy to o wpływie motywów renesansowych na sztukę ludową tej ziemi. Jest to najpewniejszy znak rozpoznawczy skrzyni krakowskiej. Posługiwano się również motywem wianka.
       Lico skrzyni było najczęściej zielone, czasem żółte (w przypadku skrzyń z Morawicy), a bardzo rzadko niebieskie. Dominujący w meblarstwie ludowym kolor zielony świadczy o wzorowaniu się stolarzy na meblach mieszczańskich. W XVIII wieku w Krakowie i nie tylko w Krakowie (np. na Śląsku) sprzęty z reguły były malowane na zielono. W strojach bronowickich panowała nieco inna gama kolorów: biały z czerwonym, zielony z białym, czerwonym lub żółtym, czerwony i niebieski z granatem.
       Malowane w kwiaty były i inne meble a zwłaszcza łóżka, kołyski i listwy służące do ustawiania kubków, talerzy, dzbanków, półki wiszące, rzadziej ławy, stołki, stoły. Te ostatnie zresztą stały się sprzętem powszechnym dopiero z końcem XIX wieku, podobnie jak i łóżka (sypiano dawniej na słomie rozłożonej na klepisku, później na pomoście zbitym z desek, pryczy).
       Przed pierwszą wojną światową strój ludowy, strój krakowski, był codziennością w Bronowicach. Jeszcze w pierwszych latach trzydziestych można było go często spotkać. Ale już w 1924 roku znakomity etnograf Seweryn Udziela ze smutkiem notował: "...dzisiaj znajdują się nawet wsi tale, gdzie nie zobaczysz ani jednego mężczyzny w stroju krakowskim, w jakim chodzili to jeszcze wszyscy przed pól wiekiem".
       To samo stało się w Bronowicach przed 1939 r. Po II wojnie światowej znikł i kobiecy strój ludowy. Niekiedy tylko pojawiają się szczątkowe jego ślady na ulicach Bronowic w postaci chust "tureckich" zarzuconych na ramiona i osłaniających głowy starych kobiet czy spódnic zielonych w barwne kwiaty.
       Te stroje, które widzi się dzisiaj, noszone przez członków różnych ludowych zespołów artystycznych, są z reguły tylko rekonstrukcją dawnych wzorów.
       Nie jest wykluczone, że niektóre elementy stroju wywodziły się z ubiorów szlacheckich czy też mieszczaństwa. Dolne warstwy społeczeństwa przejmowały obyczaj, modę od górnych. Porzekadło "przykład idzie zawsze z góry" ma za sobą wiele racji. Stale potwierdza się w życiu. Niemniej dzieje krakowskiego stroju ludowego zdają się, od pewnego momentu, zaprzeczać tej prawidłowości.
       Nie strój szlachecki czy mieszczański określonego regionu, ale krakowski ludowy zrobił bowiem w Polsce niezwykłą karierę. Stał się właściwie strojem narodowym. Szczególnie przyczyniły się do tego Insurekcja Kościuszkowska, a zwłaszcza obrazy i ryciny przedstawiające Tadeusza Kościuszkę w stroju krakowskim, oraz historyczna kompromitacja tradycji szlacheckiej. Ubiór krakowski stał się wzorem dla mundurów wojskowych, stal się - jak pisał J. Kamocki - jakby symbolem polskości.
       Niewątpliwie obok innych przyczyn wpłynęły na to także barwy ubioru męskiego - hiata sukmana i czerwona krakuska oraz spodnie w paski czerwono-białe. Kojarzy się on, więc z barwami narodowymi, co w czasie zaborów miało nie byle jakie znaczenie. Noszenie tego stroju poza wsią krakowską było zatem demonstracją patriotyzmu.
       Na przełomie z XIX na XX wiek, w epoce szczególnie ważnej z uwagi na wydarzenia, jakie miały miejsce w Bronowicach, stroje tamtejsze biły w oczy barwą i rozmaitością szczegółów.
       Strój chłopa bronowickiego składa się przede wszystkim z białej sukmany z czerwoną oblamówką i takim samym podszyciem, z czerwonymi kutasami. Pod sukmaną kaftan też sukienny, ale granatowy podbity czerwonym suknem, zdobiony z przodu, wkładany na koszulę z białego płótna. Jeśli była odświętna, to miała haftem zdobiony kołnierz i mankiety. Spodnie zwane portkami, najczęściej w wąskie biało-czerwone paski, wpuszczone w cholewkę buta. Spod odchylonej sukmany błyskał "opasek", czyli pas szeroki, skórzany, nabity mosiężnymi gwoździami z kieszonką na monety. W zimie noszony był kożuch. Barani, biały, zdobiony, wyszywany na czerwono.
       Na głowę wkładał chłop bronowicki na co dzień magierkę, czyli czapkę z włóczki, na święto i dla parady nosił wysoki kapelusz filcowy z czerwoną wstążką i, czasem, pawim piórem. Najbardziej znanym jednak nakryciem głowy, które odsunęło tamte dwa w zapomnienie była krakuska, zwana pospolicie w tych stronach "czerwoną czapką". Rodowód jej nie jest ani wyłącznie polski ani tylko ludowy. Czapkę z czterema rogami noszono też za granicami Polski; była nakryciem głowy szlachty i mieszczan. Tak na przykład profesorowie Akademii Krakowskiej nosili w XVI wieku berety czworograniaste.
       Mimo że rogatywka występowała szeroko poza ziemią krakowską, kojarzono ją już w XVIII wieku z reguły z Krakowiakami, a ściślej z chłopami ziemi krakowskiej. Rogatywka ma jeszcze dwie inne nazwy: "krakuska" i "konfederatka". Pierwsza wiąże ten rodzaj nakrycia głowy z regionem krakowskim. Niewątpliwie do spopularyzowania tej nazwy jak i samej czapki przyczyniła się Insurekcja Kościuszkowska. O pochodzenie natomiast nazwy "konfederatka" toczy się do dziś spór między historykami ubiorów i jak dotąd nie widać jego zakończenia. Najbardziej powszechną jest teoria, w myśl której nazwa to zawdzięcza swe istnienie Konfederacji Barskiej. Warto jednak zaznaczyć, iż zdaniem J. Bendy, "konfederatki" używane przez oddziały konfederatów w tym czasie, były okrągłe.
       Już w 1785 roku rogatywka stała się czapką wojskową i od tego czasu też klasycznym atrybutem munduru wojskowego, a po 1918 r. także i innych (np. kolejowego, strażackiego, harcerskiego). Dziś mundur z rogatywką, nawet wojskowy, jest niestety nadal rzadkością, mimo stopniowego przywracania go w wojsku.
       Na przechowywanym w warszawskim Muzeum Narodowym obrazie Włodzimierza Tetmajera "Chłopi przed karczmą" widoczne są wszystkie trzy typy nakryć głowy chłopów w Bronowicach. Jeszcze były w równoczesnym użytku. Teraz w pamięci i sztucznie podtrzymywanym folklorze ostała się krakuska. Z czerwonego sukna, obszywana czarnym barankiem, z pawim piórem.
       Strój kobiecy też był kolorowy. Najbogatszą jego częścią był gorset, nakładany na białą, lnianą koszulę. Noszono gorsety granatowe, obszywane guziczkami z masy perłowej, podbijane czerwonym suknem, zielone, niebieskie lub czerwone, nawet czarne aksamitne, wyszywane paciorkami, cekinami, guziczkami, haftowane.
       Na gorset Bronowiczanka wkładała katan, czyli kaftan. Był to jakby żakiet z długimi rękawami - Jadwiga Rydlowa w chwili ślubu miała na sobie biało amarantowy - nie zapinany z przodu, aby odsłaniał gorset. Także sporo było na nim haftów, paciorków na przodzie, plecach i mankietach rękawów.
       Spódnica zielona lub biała, niebieska albo czerwona w kwiaty, suta, sięgała na początku XX wieku nieco powyżej kostek. Ale zdjęcie dwóch córek Włodzimierza Tetmajera, panien już dorosłych i bardzo ładnych, pokazuje, że nosiły krótsze, nieco poniżej kolan. Z pewnością pod wpływem mody miejskiej. Pod kolorową spódnicą była zawsze druga, biała, często z ozdobnym haftem. Skraj jej w bogato wyszywane zęby wystawał spod wierzchniej spódnicy. Na tejże zapaska, czyli haftowany z cienkiego płótna fartuszek. Buciki zaś sznurowane lub z "miechami", wysokie, tzw. polskie buty'. Kiedyś bywało, że Bronowiczanka zadawalała się przez Całe życie butami kupionymi do ślubu. Na co dzień chodziła boso. Gdy szła do kościoła buty wkładała przed wejściem. Tym obyczajem tłumaczy się słynny fragment "Wesela" Stanisława Wyspiańskiego:
"...PANNA MŁODA
Buciki mom troche ciasne.
PAN MŁODY
A to zezuj, moja złota.
PANNA MŁODA
Ze sewcem tako robota.
PAN MŁODY
Tańcuj boso.
PANNA MŁODA
Panna mlodo?! Cóz to znowu?! To ni mozno.
PAN MŁODY
Co się męczyć? W jakim celu?
PANNA MŁODA
Trza być w butach na weselu..."


       Ramiona kryła wielobarwna, w różne wzory chustka do odziewania się, często chustka "turecka", zwana też "bocianówką". Panna młoda miała na głowie wianek ze sztucznych kwiatów z kunsztownie wykonaną "koroną" szklanych baniek, świecidełek, perełek, wstążek, które, jak a Jadwigi Rydlowej, spływały aż na plecy. Zamieniała go w czasie wesela na chustkę czepcową, nakrycie głowy mężatek. W czasie czepin obcinano jej warkocze, zwyczajową oznakę stanu panieńskiego.
       I wreszcie klejnoty. Szyję Bronowiczanki zdobił niejeden sznur korali, zwykle trzy, czasem pięć, siedem, a nawet choć rzadko dziewięć. Zamiłowanie do korali, jak pisze T. Seweryn, pochodziło z dwóch źródeł: z wiary w magiczną moc czerwonych korali - zapewniać miały zdrowie - oraz z mody przejmowanej przez lud wiejski od szlachty i mieszczaństwa. Nieparzysta ilość sznurów korali też była wynikiem wiary w magiczne liczby. Marzeniem każdej były prawdziwe. Sprowadzane przede wszystkim z Włoch i Francji, były niezwykle drogie. Halina Bittner-Szewczykowa ustaliła, że na początku XIX wieku trzy sznurki korali na wsi podkrakowskiej kosztowały 234 złote, czyli kwotę, za którą można było kupić 4 - 5 krów.
       Bo w ogóle strój wiejski był drogi. Był majątkiem, który dziedziczyło się, o który wiodło się spory spadkowe, który dodawał prestiżu we wsi. Niezamożne kobiety nosiły, od drugiej połowy XIX wieku, sztuczne korale zwane w Krakowie "chlebowymi". Tadeusz Seweryn wykazał, że nazwa "chlebowe" miała pełne uzasadnienie w technologii ich wyrobu. Tworzywem ich był gnieciuch chlebowy z dodatkiem być może żywicy, zaprawiony barwnikiem eozynowym.
       Z najniższego ze sznurów korali zwisał medalik lub krzyż równoramienny ze srebra, bakfonu lub mosiądzu wysadzany pięcioma koralami.


       Wróćmy teraz do lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XIX wieku. Zupełnie niespodziewanie młodzi malarze krakowscy zainteresowali się folklorem bronowickim. Zaczęła się fascynacja ludnością wsi podkrakowskiej a szczególnie Bronowic Małych. Dlaczego akurat Bronowic Małych? Złożyło się na to kilka i to przeróżnego rodzaju przyczyn.
       Był to okres ostatnich lat życia, a zarazem panowania Jana Matejki w Szkole Sztuk Pięknych w Krakowie. Historyzm malarstwa już ustępował innym zainteresowaniom wśród uczniów Mistrza i innych studentów Szkoły. Przedziwne to były czasy, w których wszystkie możliwe kierunki w sztuce krzyżowały się, splatały, wpływały na siebie i ... zaciekle walczyły o prawo do wyłączności.
       Zwrot do wsi był jedną z bardziej charakterystycznych tendencji w latach 1890-1918 tworzących epokę zwaną Młodą Polską.
       W malarstwie zaciekawienie tematyką wsi rozbudzone zostało przez twórczość Józefa Chełmońskiego, Aleksandra Gierymskiego, Adama Chmielowskiego i innych. Pewne znaczenie mógł mieć przykład tak zwanych barbizończyków. Barbizończycy to grupa malarzy francuskich, którzy postanowili na trwałe związać się z kulturą wiejską, poddawać się stale jej wpływowi. Zamieszkali we wsi Barbizon, niedaleko Paryża i tam malowali pejzaże, sceny z życia wiejskiego.
       Motyw życia na wsi nie był przedmiotem zainteresowania tylko malarzy. W literaturze drugiej połowy XIX wieku dole, a szczególnie niedole chłopów, stają się tematem coraz bardziej powszechnym. Podejmują go najlepsi pisarze - Sienkiewicz, Orzeszkowa, Dygasiński, Reymont, Prus, Konopnicka, Sewer-Maciejowski, krytycy i publicyści jak Antoni Sygietyński, Stanisław Witkiewicz (ojciec).
       Przerysowaną, karykaturalną formą "bratania się z ludem" była "chłopomania", którą szerzyła grupa tygodnika "Głos", ukazującego się w Warszawie. Wszystko co dobre, zdaniem chłopomanów, było pochodzenia ludowego. Postulowano sięganie do mitu Piasta, dawnej kultury ludowej, szukanie inspiracji dla twórczości artystycznej w sztuce ludowej.
       Zapomniano przy tym jednak o konfliktach społecznych na wsi, o rozwarstwieniu społeczeństwa, którego hasła bratania się z ludem nie były w stanie zatrzeć. Nie zdawano sobie sprawy z tego, że postulaty solidaryzmu społecznego żadną miarą nie zniwelują różnic nawet w zapatrywaniach na kwestię odzyskania niepodległości.
       W tym czasie zaś ruch ludowy zaczął wchodzić w okres pełnego rozkwitu. Od roku 1877 działa już ksiądz Stojałowski, w 1889 roku w galicyjskim Sejmie Krajowym zasiadają pierwsi posłowie chłopscy. W 1895 roku w Rzeszowie powstaje Stronnictwo Ludowe, w którym wielką rolę odgrywać będą Bolesław Wysłouch i Jan Stapiński. To stronnictwo, a nie ruch stojałowszczyków, stanie się w latach 1907-1908 najsilniejszą partią polityczną Galicji.
       Politycy grają, więc coraz silniej na masie chłopskiej. Mimo że wybory do sejmu galicyjskiego odbywają się jeszcze w myśl przestarzałego systemu kurialnego (reforma nastąpi w 1907 r.), dającego automatycznie przewagę warstwom ziemiańskim, zabiega się o głosy chłopskie, w polityce uderza się w nastroje ludowe. O sprawie chłopskiej mówi się wszędzie.
       A do tego wszystkiego częsta obecność chłopów bronowickich w Krakowie. Z reguły na targu, bo z Bronowic niedaleko, tylko godzina marszu przez Łobzów do miasta, do najbliższych opłotków. Była też odwieczna druga przyczyna częstej obecności chłopów w Krakowie. Kościół Mariacki nadal był parafialnym dla Bronowic. Dopiero w 1949 r. powstanie we wsi odrębna parafia. Choć zazwyczaj na mszę chodzono do kościoła na skraju Bronowic Wielkich, śluby brano w kościele Mariackim. Często, więc wozy pełne Bronowiczan w barwnych strojach przejeżdżały przez Rynek, zajeżdżały pod kościół Mariacki.
       Tak, więc i malarzom było najbliżej do Bronowic, które ze wszystkich wsi wydawały się mieszkańcom Krakowa najbardziej swojskie.
       Ludwik de Laveaux był chyba pierwszym malarzem, który zajrzał i na dłuższy czas pozostał w Bronowicach. Stało się to w roku 1889. Miał ukończonych 21 lat, za sobą studia w Krakowskiej Szkole Sztuk Pięknych i krótki pobyt w Monachium. Pobyt w Bronowicach pociągnął za sobą dwa następstwa, niekoniecznie dalekie od siebie. Zakochał się w córce Jacentego Mikołajczyka, chłopa bronowickiego. Dziewczynie było na imię Marysia i miała jeszcze dwie siostry - starszą Annę i młodszą Jadwigę. Nieprzeciętnie zdolnego młodego malarza pochłonęła tematyka wiejska. Powstały obrazy przedstawiające chłopów bronowickich, sceny z życia wsi (np. "Chałupa w Bronowicach", "Do miasta", portreciki dziewcząt wiejskich, "Praczki"). Doszło też do zaręczyn Ludwika de Laveaux z Marysią Mikołajczykówną. Ślubu jednak nie było. W 1890 roku de Laveaux bowiem wyjechał do Paryża i pozostał tam aż do śmierci, bardzo przedwczesnej. Zmarł na gruźlicę w 1894 roku. Jednym ze śladów związków Ludwika de Laveaux z Marysią jest jej piękny portret namalowany przez niedoszłego męża, dziś znajdujący się w prywatnym posiadaniu poza Krakowem. Cztery lata później Marysia wyjdzie za mąż za chłopa z Bronowic - Wojciecha Susuła. Oboje za dwa lata wezmą udział w innym weselu, z powodu którego - wraz z Widmem, duchem Ludwika de Laveaux - znajdą się wśród bohaterów dzieła powstałego dzięki tej uroczystości. Małżeństwo ich trwać będzie tylko trzy lata. Marysia zostanie wdową i jeszcze raz wyjdzie za mąż. Rok 1924 będzie datą jej śmierci.
      Drugim malarzem, który związał się z Bronowicami, a nie pierwszym jak zwykle się mniema, był Włodzimierz Tetmajer. Syn zdeklasowanego szlachcica, byłego marszałka szlachty nowotarskiej, kiedyś właściciela majątku w Ludźmierzu pod Nowym Targiem. Studiował w Paryżu, wrócił w 1890 roku do Krakowa. I od razu zaszedł do Bronowic. Zaś już w dniu 11 sierpnia 1890 roku zawarł, wbrew woli rodziców, ślub z szesnastoletnią Anną Marią, córką Jacentego Mikołajczyka, chłopa niezbyt zamożnego, ale bogatego urodą trzech córek. Ślub odbył się oczywiście w kościele Mariackim. Była to pierwsza tego typu sensacja. Więcej, był to zdaniem niejednej osoby skandal niesłychany. Artysta, i to szlachcic z pochodzenia, ożenił się z chłopką! Bez wiedzy i zgody rodzonego ojca! Gorzej jeszcze, zamieszkał w chałupie teścia, przycupniętej na pagórku, poniżej dzisiejszej Rydlówki. Dobudował też szopę do chałupy, która służyła mu za pracownię. Tylko zimy spędzał z żoną w Krakowie.
Jedna z nielicznych już chałup drewnianych w Bronowicach; fot. K.K. Pollesch       Ciężkie to były lata dla Tetmajerów. Malarstwo jego jeszcze nie cieszyło się powszechnym uznaniem. Częste ostre krytyki, jakże z perspektywy lat niesłuszne, dotykały go boleśnie. Grosza zawsze brakowało. I jeszcze ten bojkot rodzinny, a po części towarzyski. Właściwie dopiero śmierć ojca artysty w 1892 r. sprawiła, że macocha jego nieznacznie zbliżyła się do synowej, a wyjazd do Włoch w rok później oraz nagrody i medale uzyskane za granicą w latach 1893 -1895 podniosły ceny jego obrazów. Artysta zresztą zawsze uważał, że są zbyt niskie...
       W roku 1894 Tetmajer był w stanie kupić a teścia Jacentego Mikołajczyka kawałek gruntu powyżej jego chałupy. Postawił tam na pó1 chałupę na pół dworek szlachecki. Jakże to dwoistość architektury odbija naturę Tetmajera. Szlachecki temperament i fantazja splecione z uwielbieniem ludowej kultury, z dumą z rodzinnej tradycji i niewątpliwą pracowitością: drewniane podcienie na froncie z gankiem, aż po dwie izby po obu stronach sieni przecinającej dom. Dach był jednak oszczędny, pokryty strzechą, dranicami zaś na samym skraju nad podcieniem. Frontowy ganek kryty gontem, a w szczycie jego nad wejściem, ni mniej ni więcej -kartusz drewniany z herbem Tetmajerów! Taką a nie inną konstrukcję domu tłumaczy wiersz samego Tetmajera:
"Niech się święci mój cichy, pod drewnianym gankiem,
mój wiejski dworek biały, w gaju starych drzew,
w ogrodzie wonnym zielem: miętą i rumiankiem!
Z każdej ściany tam wieje innych czarów wiew!
Zbudowałem go dzieciom; w takim sam wzrastałem,
w takim nas kołysała starych ojców pieśń!"

      Teraz już do końca wszystko jasne: w domu tym widział swobodną replikę dworu ludźmierskiego. Cóż z tego, kiedy miejsce, ludzie, tworzywo i czasy były inne. W życiu przeszłości nie da się powtórzyć. Można ją tylko przybliżyć.
       We wnętrzu sprzęty pomieszane ze sobą. Jedne z dworu w Ludźmierzu, drugie kupowane, a jeszcze inne wyprawne żony.
       Powstała, więc dzisiejsza Rydlówka. Data wybudowania domu jest równocześnie datą początku powodzenia artystycznego Włodzimierza Tetmajera. W tym czasie stać go było również na pomoc matce i przyrodniemu bratu Kazimierzowi, już w tym czasie głośnemu poecie i prozaikowi.
       Wkrótce Pana Włodzimierza zagarnie polityka. Zostanie nawet wybrany posłem do parlamentu z ramienia Stronnictwa Ludowego.
       Małżeństwo Tetmajera pociągnęło za sobą następstwa, które z góry można było przewidzieć. Bronowice stały się jeszcze bardziej "modne". Sznurek ciekawych głośnego mezaliansu - jak określała niejedna paniusia w Krakowie to małżeństwo - ciągnął z Krakowa do Bronowic. Chciano koniecznie zobaczyć, jak żyje potomek szlachecki, malarz i poeta z prostą dziewczyną wiejską. Dolał oliwy do ognia Sewer (Ignacy Maciejowski) powieścią "Bajecznie kolorowa", w której z zachwytem opisywał dzieje miłości i małżeństwo Tetmajera. Doszło do tego, że młodzi małżonkowie zaczęli się ukrywać przed intruzami. Ale nie tylko tacy odwiedzali Tetmajerów.
       Wpadali do Bronowic - często nie tylko na chwilkę - przyjaciele, znajomi. Wśród nich głównie malarze, poeci, pisarze, politycy, ludzie utalentowani, znani lub będący takimi w przyszłości. Znakomitość tamtych czasów, Jan Stanisławski, profesor Akademii Sztuk Pięknych, zabierał do Bronowic swych uczniów. Rozkładali we wsi sztalugi i malowali, malowali ów biedny choć barwny wiejski świat. Któż to nie chadzał wówczas z pędzlem i paletą do Bronowic! Przeróżnej rangi malarze - Ludwik Machalski, Stanisław i Józef Czajkowscy, Stanisław Kamocki, Leonard Strojnowski, Damazy Kotowski, Jerzy Karszniewicz, Kasper Żelechowski, Czesław Makowski, Karol Frycz, Leon Kowalski, Jan Skotnicki, Stefan Filipkiewicz, Stanisław Fabijański, Henryk Uziembło, Stanisław Małaszowski, Wincenty Wodzinowski, Ludwik Stasiak, Stanisław Radziejowski, Tadeusz Noskowski, Henryk Szczygliński. Obrazy tylko niektórych z nich zdobią dziś sale muzeów.
       Zjechał też jeden z najlepszych malarzy polskich - Aleksander Gierymski. Przez krótki okres mieszkał w Bronowicach Wielkich i malował nawet w pracowni Tetmajera. Tu powstały m.in. jego słynne obrazy: "Trumna chłopska", "Chłopiec ze snopem zboża" oraz "Łąka z drzewami".
       Między gośćmi wielu było też pisarzy, polityków, krytyków jak Henryk Sienkiewicz, Ferdynand Hoesick, Bolesław Prus, Ignacy Daszyński, Adam Grzymała-Siedlecki, Adam Potocki, Konstanty Górski.
       Spośród przyjaciół jednym z najbliższych stał się poeta Lucjan Rydel. Był prawie uznanym poetą i pisarzem, autorem zaginionego dziś dramatu "Mściwoj", granych już, choć bez większego powodzenia sztuk "Na marne" i "Z dobrego serca", licznych wierszy i felietonów, wykładowcą na Kursach Adriana Baranieckiego, pełniących rolę jakby półuniwersytetu dla kobiet, w Szkole Sztuk Pięknych. Ze świecą wówczas należałoby szukać w Krakowie przedsięwzięcia kulturalnego w większym wymiarze, w którym Rydel nie brałby czynnego udziału. Wkrótce mógł zyskać uznanie jako autor znakomitych tłumaczeń literatury starogreckiej, łacińskiej, francuskiej, a przede wszystkim głośnego dramatu "Zaczarowane Koło" (powstał w 1899 r.), sztuki "Betlejem Polskie" (napisanej w 1906 r.), opartej na motywach jasełek. Młody poeta i dramaturg był synem Lucjana Rydla, profesora okulistyki w Uniwersytecie Jagiellońskim i wnukiem Józefa Kremera, filozofa, także profesora Uniwersytetu. Wbrew swej woli ukończył studia prawnicze, tylko po to, aby spełnić stanowcze życzenie ojca. Ale dusza jego rwała się zawsze do literatury i wśród niej mógł pozostać.
       Trudno powiedzieć, kiedy pierwszy raz znalazł się w Bronowicach. Wesele Tetmajera w 1890 roku odbyło się jeszcze bez niego. Szybko jednak pojawił się w jego domu. Przyjaźnił się, jeszcze w czasie studiów uniwersyteckich, z jego bratem przyrodnim - Kazimierzem. Drzwi tego domu były, więc od pierwszej chwili przed Rydlem otwarte. Fakt ten miał nie byle jakie konsekwencje.
       Bliższy związek Rydla z Włodzimierzem Tetmajerem zawiązał się jednak dopiero w 1896 r., gdy Tetmajer malował, niestety już tylko na podstawie fotografii, portret zmarłego rok temu ojca poety. Odwiedził wówczas - był maj 1896 roku - nowy dom Tetmajerów. Od tego czasu zaczął bywać tam często, aż nadszedł rok 1900. Zakochał się w najmłodszej siostrze żony Tetmajera - Jadwidze Mikołajczykównej. W liście do Ferdynanda Hoesicka napisanym jeszcze przed ślubem, przedstawiał dzieje tej miłości, jak - znając się przecież od kilku lat - stopniowo zbliżali się do siebie, jak on, mężczyzna w trzydziestym roku życia zakochał się w wiejskiej dziewczynie mającej zaledwie l7lat, znanej mu od dziecka. Taka różnica lat była zresztą w tamtych latach na porządku dziennym. Prawie identyczna rozpiętość wieku występowała choćby w małżeństwie Tetmajerów. Pan Włodzimierz w chwili ślubu miał 28 lat a pani Anna tylko 16.
       Oddajmy jednak głos samemu Rydlowi: "... Spostrzegłem, że gdy wchodzi do pokoju, gdzie siedziałem z Włodzimierzem, to pierwsze jej spojrzenie siada na mnie, że w polu udaje, że nie widzi, gdy się zbliżam do niej, ale wodzi za rnną ukradkiem oczyma. I po sobie spostrzegłem, że jeśli zdarzy się dzień, a choćby pól dnia, kiedy jej nie widzę, to mnie ogarnia jakieś zniecierpliwienie, jakiś żal, jakiś niepokój. I powiedziałem sobie w końcu: Kochamy się, więc... żeńmy się. Chciałem jeszcze zwlekać z tym postanowieniem, chciałem sam .siebie i ją lepiej zbadać, ale nie było czasu. Otoczenie, zwłaszcza kobiety pomiarkowały, że się coś między nami dwojgiem dzieje. Dłużej milczeć znaczyło w oczach tej chłopskiej rodziny wyjść na takiego jegomościa, co bałamuci dziewczynę, choć do niej się nie odzywa, a potem rozkochawszy ją, ucieknie. Tetmajer ostrzegł mnie, że wszyscy są zaniepokojeni. Tylko Jadwisia nie domyślała się, że ją i mnie obserwują. Trzeba się było szybko decydować tak albo nie. Ja właściwie od dawna byłem zdecydowany i nawet na chwilę nie przypuszczałem myśli nawet samej, że mógłbym się cofnąć. Ale rozumiesz, jak człowiekowi takiemu, jak jesteśmy, trudno wykonać, to co chce, czego pragnie najgoręcej (...) Jeszcze dwie note, dwa dni tale rozbierałem w głowie wszystko, liczyłem się z sobą, badałem serce swoje, a wreszcie powiedziałem sobie: Nie łudzę! To jest moje szczęście! pomówiłem naprzód z Jadwisią, a potem z rodzicami. Przed rozmową z jej rodzicami, ale już po stanowczej rozmowie z nią, pojechałem do Rudawy do matki mojej, która w zasadzie zgodziła się, żądając jedynie zwłoki ślubu."
       Ślady wszystkiego, co przeżywał, Rydel zostawiał na piśmie. Musiał, po prostu musiał zawsze komuś powiedzieć, napisać o tym, co w nim tkwiło, co nim kierowało, czy kochał, lubił, nie znosił i dlaczego. Musiał więc i pozostawić relację o swoich oświadczynach. Tym razem w formie wdzięcznego, pełnego liryki wiersza:
"Poszła ze mną za dom do ogródka,
Usiedliśmy na ławce pod ścianą,
Była trwożna i taka cichutka,
Kiedym patrzał w jej twarz ukochaną,
Lipa kwitła przed nami w ogródku
I pachniała drobnem kwieciem zlotem...
Gdym za ręką brał ją pomalutku,
Serce we mnie waliło jak młotem,
"Chciałabyś mnie?"
"Myślą, żebym chciała!...
"Wierz mi Jadwiś, że nam dobrze będzie"
"Wierzą panie!..." A lipa słuchała
I słuchały nas kwiatki na grzędzie.
I nie kwiatki i nie lipa sama,
Całe niebo słuchało nas z góry,
I błękitna rozwarła się brama
I Bóg słuchał i anielskie chóry".

       Wszystko zgadza się. Pod ścianą domu Tetmajerów była ławka, lipa mogła słuchać i pachnieć w tym czasie, bo do oświadczyn doszło w sierpniu. Ale do ślubu droga po grudzie wiodła. Z przyczyny matki Rydla, która mimo wstępnego przyzwolenia, żądała długiego okresu narzeczeństwa, wyraźnie podtrzymywana w tym przez Adama, brata Lucjana. Echa tych sporów wewnątrz rodzinnych doszły do Czechówny, bliskiej znajomej Rydlów, która w swym pamiętniku odnotowała: "Od wielu osób slyszę, że ślub Lucia ma się odbyć w tych dniach, -pisała to w ostatnich dniach października- chociaż jednak byłam a Rydlowej, to nic mi o tym nie mówi. Żądała ona, żeby Lucio zaczekał do wiosny, chcąc -jak sama mi mówiła - wypróbować jego uczucia, ponieważ jednak na wsi takie długie konkury nie są w zwyczaju, Lucio więc, nie chcąc narażać dziewczyny, ślub przyspiesza".
       Przeważyła ostatecznie wola Rydla. Ślub odbył się jeszcze w tym samym roku, 20 listopada 1900 r. o godzinie dziewiątej w kościele Mariackim w Krakowie. Towarzyszyło mu od pierwszej chwili ogromne zainteresowanie, więcej może - otaczała go atmosfera pewnej sensacji, zainteresowanie było już rozbudzone dwoma innymi ślubami - Włodzimierza Tetmajera i Stanisława Wyspiańskiego. Temu drugiemu nawet nadawano posmak prawie, że skandalu. Nie chciało się pomieścić zacnym mieszczanom w głowach, że obiecujący artysta malarz, autor niedawno wystawionej "Warszawianki", ożenił się z dziewczyną wiejską, z którą już przed ślubem zdążył mieć dwoje dzieci.
       Teraz zaś jeszcze jeden ślub z dziewczyną wiejską, znanego już poety, doktora praw Uniwersytetu Jagiellońskiego, syna b. rektora tegoż Uniwersytetu. Ślub z dziewczyną, będącą siostrą tej, z którą 10 lat temu Tetmajer popełnił "mezalians". Było, więc, o czym rozprawiać w salonach, kawiarniach i na linii A -B Rynku Krakowskiego.
       Do podniecenia umysłów przyczynił się poważnie sam Rydel. Wszystkim dookoła opowiadał o zamierzonym ślubie, a równocześnie zachowywał się tak, jakby chciał utrzymać w tajemnicy jego datę. Zaproszenia na ślub rozsyłał dopiero na 2, a nawet 1 dzień przed uroczystością. Skutkiem pogłosek o niechętnym stanowisku matki i brata Adama tworzyły się już wówczas pierwsze plotki o ślubie. W pewnych kręgach ubolewano, że taki zdolny człowiek tak nieszczególnie się żeni...
       Pamięta się o tym wszystkim dziś znacznie lepiej niż o atmosferze towarzyszącej ślubowi Tetmajera.
       Lepiej, bo to wesele Rydla, a nie Tetmajerów, stało się inspiracją i osnową jednego z najwspanialszych dzieł polskiej literatury.
Rydlówka przed przebudową, na obrazie L. Machalskiego

       Sam Rydel dokładnie opisał swój ślub w liście - odkrytym dopiero po II wojnie światowej i po raz pierwszy opublikowanym w 1953 r. w "Pamiętniku Teatralnym" - do Vondracka, przyjaciela i tłumacza jego dzieł na język czeski. Opis jest ważny, bo świadczy o zgodności realiów wesela, z tym co później z niego wyniknęło w literaturze. Pochodzi też spod pióra osoby, która była bohaterem i autorem opisywanych wydarzeń. Napisany on został w dwa tygodnie po weselu (5 XII 1900 r.). Warto przytoczyć kilka jego fragmentów:
      "W wigilię ślubu o 7 wieczorem pojechałem do Bronowic, gdzie w domu Tetmajerów i w domu moich teściów tańczono. Cała wieś była sproszona. Z miasta nie było jeszcze tego pierwszego wieczora nikogo. Zabawa trwała do 12 w nocy. Ja byłem ubrany po chłopsku (...).
       Nazajutrz rano około 7 poczęli się schodzić zaproszeni goście wiejscy. Muzyka, stojąca na progu domu, witała każdego a wstępu do domu. Podawano herbatę z rumem, kołacze, zimne mięso i wódkę.
       Jadwisia ubrana była w swój pyszny strój ślubny: na głowie wspaniały wieniec z pięcioma kolorowymi, różnobarwnie haftowanymi wstęgami, które spływały jej na plecy. Na szyi pięć nitek bladoróżowych korali. Koszula pod szyją, na gorsie i u rękawów haftowana bielutko, gorset z materii zielonej, przetykanej w złote kwiaty i wyrabianej czerwonymi ornamentami. Cały przód gorsetu wyszywany gęsto kolorowymi paciorkami, świecidelkami, lampasikami, galonkami, guzikami. Spódnica z atlasu białego w żółte, zielone ż czerwone barokowe kwiaty, obszyta dookoła kolorowymi wstążeczkami ż jedwabiem. Zapaska z zielonego atlasu również w czerwone i żółte kwiaty, obszywana dookoła białą koronką. Na nogach wysokie buciki.
      O 8 przyjechała powozem z Krakowa moja Matka wraz z Wujem: przybyli na błogosławieństwo przedślubne (...) Po udzieleniu go (...) Mama pierwsza z Wujem pojechała do Krakowa wprost do kościoła Panny Maryi, aby dać znać księdzu, że już czas świece zapalać. Zanim ogromny orszak ślubny porozsiadał się na wozach, poszedlem przebrać się z sukmany we frak. Do samego Sakramentu postanowiłem, bowiem przystąpić w czarnym stroju dla uniknięcia choćby pozorów teatralności i pozy. Zresztą przez tale wesele ubrany byłem po chłopsku. (...) O 9 rano, w cudny, słoneczny, ciepły dzień jesieni pędziliśmy do Krakowa. Na Rynku tłumy ludzi. Wzdłuż linii A-B do samego kościoła stało kilka tysięcy osób, wśród nich mnóstwo, którzy witali nas z powiewaniem kapel uszów. W kościele ścisk i flak nie do opisania. Zjechaliśmy na placyk przed śsv. Barbarą i z trudem przedostaliśmy się do kaplicy Matki Boskiej Częstochowskiej, bo to jest parafialny ołtarz bronowicki. (...) Ścisk był taki, że Matkę moją i rodzeństwo i krewnych, i przyjaciół zaproszonych - nieproszeni spektatorowie wyparli na kościół. Pól godziny trwał zamęt niesłychany, zanim udało się wikaremu ż kilku moim młodym krewniakom odnaleźć i sprowadzić moją rodzinę. Ja sam stanąłem w progu kaplicy i przepuszczałem do wnętrza tych, których pragnąłem mieć świadkami ślubu (...). Wreszcie pluton straży ogniowej zawezwanej telegramem, zrobił porządek. Ślub odbył się szybko.
       (...) Ponieważ sporo krewnych moich, z daleka przybyłych, wyjeżdżać miało pociągiem o godzinie 2 w południe, żeby im umożliwić poznanie się z Jadwisią, Matka moja urządziła śniadanie, na którym nie było nikogo prócz samych przyjezdnych i nas, państwa młodych. Krewni zaś moi, mieszkający w Krakowie, byli proszeni do Bronowic, na drugi dzień wesela, na tzw. "czepiny" - a z kościoła rozeszli się prosto do domów. Rodzina Jadwisi i wiejscy goście weselni pojechali wprost do Bronowic, gdzie starodawnym zwyczajem w pierwszy dzień wesela nie w domu p. młodej, ale w karczmie na ten cel wynajętej odbyło się przyjęcie.
       Drużbowie zaś, druhna i wszyscy ci, którzy na jednym wozie z nami jechali do kościoła, z kościoła pojechali do mojego mieszkania, gdzie czekało ich zastawione.śniadanie. Pierwotnie prosiła ich Matka moja do siebie, ale wymówili.się, że nie byliby dość swobodni wobec tylu nieznajomych pań i panów.
       Śniadanie u Mamy trwało do 11 (...). Od Mamy pojechaliśmy powozem do mojego mieszkania, robiliśmy honory kończącym.śniadanie wiejskim gościom, po czym znowu na wozie z drużbami konnymi, przodem cwałującymi, ruszyliśmy do Bronowic. Z karczmy wysypało się przed nami wesele, witające nas okrzykami i muzyką. Natychmiast z fraka przebrałem się w sukmanę i już do wieczora tańczyliśmy tego dnia.
       Na drugi dzień były "czepiny", czyli uroczyste zdjęcie wieńca, a włożenie pannie młodej czepca na głowę. Odbywa .się to wieczorem. Około 7 przyjechała Matka moja z siostrą, a w ślad za nią zjechało kilka powozów, które przywiozły do 20 osób moich krewnych i przyjaciół (...) Był widok jedyny w swoim rodzaju i zupełnie niezwykły, kiedy a Tetmajerów zasiedli przy stole panowie sve frakach a między nimi wiejskie kobiety w naszywanych gorsetach i w koralach na szyi i panie w sukniach wizytowych i chłopi w sukmanach. A najmilsze z wszystkiego było to, że tale tak nadzwyczajnie dobrane towarzystwo było bardzo swobodne i wesołe i najwidoczniej wybornie się bawiło. Na wprost po drugiej stronie sieni młodzież tańczyła w wielkiej izbie, w domu zaś a moich teściów reszta wiejskich zasiadła do stołu.
       Około 9 (wieczorem - S.W.) zaczęły się "czepiny". Mężczyzn usunięto pod ściany, same kobiety i dziewczęta otoczyły p. młodą i druhnę. One able tańczyły naprzód ze sobą, potem kolejno z wszystkimi dziewczętami i wszystkimi kobietami. Każda tańcząca kobieta i dziewczyna stawała przed muzyką, przyśpiewywała piosenkę na cześć panny młodej. Potem starszy drużba rozpoczął taniec z panną młodą, taniec solo, podczas którego zamężne kobiety usiłują pannę młodą odbić gwałtem drużbie, a kiedy. się to nie udaje, targują się z nim o cenę kupna (...). Drużba dob ja targów i bierze zaplata, a kobiety .sadzają pannę młodą na stołku (...). Wszystkie kobiety zamężne zapalają świeczki, które trzymają w ręku - a starościna uproszona do odbycia ceremonii.śpiewa pieśń, w której wzywa matkę, aby się po raz ostatni przyjrzała córce w wianuszku na głowie i przeżegnała krzyżem świętym wianek. Gdy się to stało, powtórzono tę samą do mojej Matki, która również przeżegnała wianek. Wtedy wianek z głowy zdejmuje starościna, a nakłada czepiec i podaje pannie młodej rozpostartą chustkę. Na chustce leży wianek. Panna młoda trzyma wianek na kolanach, a wówczas starościna śpiewa w kółko piosenkę, w której wzywa każdą kobietę, aby na wianek dala pieniądz (...) Odśpiewana kobieta jedna za drugą rzuca pannie młodej pieniądze. Widok jest wspaniały, bo każda baba trzyma w ręku zapalaną świecę, tak że kilkadziesiąt płomieni oświetla naszą scenę. Twarze oblane blaskiem płomyków ciekawie i dziwnie wyglądają, stroje świetnie migocą światlami.stubarwnymi. Wreszcie wzywa .starościna papa młodego, aby pannę młodą spróbował do tańca i oddaje mu ją. Pan młody przepija wódkę z jednej flaszki, wodą z drugiej do panny młodej. Ale ona wie, która wódka, a która woda. Przepijając wodą, pan młody zalewa żonie oczy. Potem oboje tańczą. Drużba podaje im harap. Sztuka polega na tym, aby on wyrwał jej harap i uderzył po spódnicy, a ona trzymając harap byle po sukmanie - a ciągle tańczą. Świeczki dopalają się, inne pary przyłączyły się do tańca - koniec czepienia, ale nie koniec wesela. Jeszcze cały dzień, czwartek do północy, trwało moje wesele, zatem tale 4 dni (...) "
.
       A więc cztery dni tańców, popijawy, pogaduszek i obrzędów, w tym trzy dni właściwego wesela, z których dla dziejów polskiej kultury drugi okazał się najważniejszy. Drugi, czyli czepiny. Najważniejszy, bo wówczas wspólnie bawili się goście z miasta i ze wsi, razem; bez znaczenia było, kto skąd pochodził. To było już prawie demokracja... Od lewej stoją S.Wyspiański: L.Rydel, K.Maszkowski; siedzą: H.Opieński i S.Estreicher
       Wśród gości zaś przyjaciele pana młodego, ludzie których nazwiska zaliczają się dziś do najświetniejszych w historii polskiej kultury - Stanisław Wyspiański, Kazimierz Przerwa-Tetmajer, Rudolf Starzewski redaktor "Czasu", dziennika bardzo liczącego się w ówczesnym Krakowie, malarze Stanisław i Józef Czajkowscy, Tadeusz Noskowski, Jan Skotnicki, Tadeusz Żeleński świeżo upieczony lekarz, wkrótce Boy, autor tekstów do Zielonego Balonika, za kilkanaście lat niezrównany tłumacz, wawca i wydawca literatury francuskiej, publicysta i krytyk teatralny, w ostatnich miesiącach życia profesor literatury francuskiej we Lwowie.
       Przyjechała także matka pana młodego, Helena Rydlowa z córką Anną przez bliskich zwana Haneczką. Młodziutka siostra Rydla miała przed sobą pracowitą, pełną ofiarności działalność. Ukończy w 1911 roku szkołę pielęgniarek, w czasie I wojny światowej będzie pielęgniarką w szpitalach wojskowych, stanie się współzałożycielką Uniwersyteckiej Szkoły Pielęgniarek i Higienistek w Krakowie, odznaczona zostanie medalem Florence Nightingale. W czasie okupacji hitlerowskiej żołnierz Armii Krajowej. Do końca swego życia w 1969 r. zostanie panną. Nosić zacznie wkrótce cwikiery, w których będzie jedną z charakterystycznych sylwetek Krakowa.
       Wśród krewnych Rydla wyróżniała się Antonina Domańska, żona profesora medycyny w Uniwersytecie Jagiellońskim, a zarazem radcy miejskiego. Była więc radczynią i to określenie już niebawem na zawsze zwiąże się z jej osobą. Niewiele lat zaś upłynie, gdy uzyska uznanie jako autorka "Historii żółtej ciżemki", "Paziów króla Zygmunta" i "Krysi bezimiennej" - książek, które staną się ulubionymi lekturami młodzieży.
       Były też pod opieką Antoniny Domańskiej dwie młodziutkie córki profesora Pareńskiego, znanego lekarza - Zofia i Maryna. Pierwsza wyjdzie za Boya, druga zaś będzie żoną doktora Jana Greka, profesora medycyny we Lwowie. I fatum, tym razem tragiczne, połączy ich ponownie. Boy i Maryna z mężem zginą w nocy z 3/4 lipca 1941 roku we Lwowie zamordowani przez hitlerowców. Zofia przeżyje ich o 15 lat. Pierwszy jednak i jakże przedwcześnie odejdzie Stanisław Wyspiański. Już za 7 lat. Życie Kazimierza Przerwy-Tetmajera będzie naznaczone mną tragedią. Wspaniały poeta, który wywarł niezwykły wpływ na poezję Młodej Polski, autor licznych powieści, lada chwila wystawionego w Krakowie dramatu "Zawisza Czarny", a przede wszystkim epik góralskich "Na skalnym Podhalu", bożyszcze kobiet, zapadnie na chorobę psychiczną. Pierwsze jej objawy będą widoczne już w 1916 roku, rozwinie się ona z początkiem lat dwudziestych. Na biurku Rydla: m.in. zaproszenie na ślub, pierwsze wydanie Mimo jej pozornej regresji Tetmajer nie podejmie twórczości. Zamilknie na zawsze. Dobiegnie swych dni w opuszczeniu, zimą 1940 roku w Warszawie. Córka miejscowego karczmarza Hirsza Singera - Józefa, przeżyje okupację hitlerowską w lęku, czy każdy następny dzień nie będzie ostatnim, straci całą rodzinę. Przedwcześnie zakończy życie Lucjan Rydel (w 1918 r.). Rudolf Starzewski popełni samobójstwo w 1920 r., a Włodzimierz Tetmajer, złamany śmiercią syna Jana Kazimierza na polu bitwy w 1920 r., po długiej chorobie serca rozstanie się z tym światem w grudniu 1923 r. Jakby wesele to, tragiczny los im znaczyło. Wróćmy jednak do czepin.
       W pamięci obecnych utrwaliła się sylwetka Stanisława Wyspiańskiego wspartego o framugę drzwi do sieni, przyglądającego się tańcom, chłonącego gwar weselny, obrządek zdejmowania wianka, nakładania czepca. Tak zapamiętał go Boy-Żeleński. Wspominał to zachowanie także Jan Skotnicki, pisał o nim Stanisław Estreicher na podstawie opowiadania samego Wyspiańskiego.
       Wyspiański nie tańczył, zwyczajem swym prawie nie wdawał się w rozmowy. Widział i słyszał to, czego nikt nie był w stanie zobaczyć ani usłyszeć. Niewiele zresztą brakowało, a byłby nieobecny na ślubie i weselu. Wyspiański, który miał być świadkiem na ślubie, wysłał Rydlowi dwa dni przed uroczystością przykry list:
       "
Szanowny Panie Lucjanie!
Odmawiam Ci świadkowania w kościele przy twoim ślubie; wczorajsze zachowanie się twoje pomijające zupełnie wszelkie najskromniejsze nawet wymagania hiszpańskiego ceremoniału zaprosin, jaki w całej Polsce panuje, - uwalnia mnie w zupełności od zadośćuczynienia prośbie twojej, tym bardziej, że żadnego kłopotu mieć nie będziesz, gdyż możesz sobie wziąć kogokolwiek, kogo potem na wesele nie zaprosisz.
Stanisław Wyspiański"



       Czy poszło o samego Wyspiańskiego, którego nie zaprosił Rydel do Bronowic na wesele, czy też o żonę Wyspiańskiego? Nie da się dzisiaj dociec. Na szczęście nieporozumienie w ostatniej chwili wyjaśniło się. Wyspiański i świadkował i był na czepinach. Była też jego żona z czteroletnią córeczką Helenką. Ale serdeczność wzajemnych stosunków już nie wróciła.
       Czepiny wreszcie dobiegły końca, kończyło się nazajutrz wesele. Nie bez powodu Ojciec w "Weselu" mawiał:
"Niech się bawią, niech się weselą; tela tego, co te parę dni "

       Po tych czterech dniach zaczęło się wcale nie płatkami róż usiane, wspólne życie Rydlów.
       Niecałe dwa miesiące upłynęły, gdy Wyspiański wysłał Józefowi Kotarbińskiemu, ówczesnemu dyrektorowi Teatru Miejskiego list: "Wielmożny Panie Dyrektorze! Bidę mógł odczytać sztukę noszą w niedzielę (...J". Sztuka ta, to "Wesele", dzieło jedno z największych w dziejach polskiej literatury. Noc czepin z tłumem gości ze wsi i miasta w bronowickim półdworku-półchałupie przeistoczyła się w wyobraźni Wyspiańskiego w noc konfrontacji postaw społecznych, dramatu niemocy narodowej, bezmyślnej frazesomanii ludzi, którzy tańczyć będą do końca świata, tak jak im to chochoł zagra.
       Prapremiera miała miejsce 16 marca 1901 r. w dzisiejszym Teatrze im. J.Słowackiego. Ledwie opadła kurtyna, już gotowe były komentarze, plotki i anegdoty. Opowiadano np., że słynny profesor St.Tarnowski, kilkakrotny rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego, demonstracyjnie wyszedł z widowni, gdy pojawił się duch Hetmana a więc Ksawerego Branickiego, przodka jego żony. Do legend należy relacja - od pierwszego dnia rozpowszechniana przez krakowskie dzienniki - że bez przerwy, od chwili prapremiery, widownia była przepełniona. W rzeczywistości, jak wykazał to J.Michalik, "Wesele" nie miało największej frekwencji w porównaniu z kilkoma innymi sztukami granymi ostatnio. Faktem jednak jest, że grano "Wesele" aż 12 razy, co już było czymś niebywałym.
       Ważniejsze jest to, czym się stała prapremiera "Wesela". Otóż otworzyła ona serię wzruszeń, przeżyć niezwykłych, wstrząsów prawie, jakimi dla społeczeństwa polskiego była od tej chwili każda dalsza premiera sztuki w podzielonym kraju, każde następne przedstawienie. Trudno dziś dociec, jaki wpływ miało "Wesele" na rozwój ruchu niepodległościowego, a szczególnie na ideę Legionów. Nikt chyba jednak nie zaprzeczy temu, że taki wpływ miało. Ówczesne pamiętniki i relacje na gorąco pisane pozwalają na to stwierdzenie.
       W samym Krakowie zaś sztuka Wyspiańskiego miała drugi wymiar - zwierciadła rzeczywistych uczestników wesela Rydlów. Każda z postaci scenicznych była odbiciem ludzi z krwi i kości obecnych na weselu bronowickim. Nawet nazwiska i imiona zostały to same.
       W pierwszym zamyśle Wyspiańskiego zbieżność to była jeszcze bardziej dokładna. Zamiast Dziennikarza w pierwszej redakcji tekstu dramatu figurował Dolcio, bo tak przyjaciele nazywali Rudolfa Starzewskiego. Zamiast Panny Młodej była Jaga, zamiast gospodyni -Hanna. Ostatecznie w czasie prapremiery pojawili się Dziennikarz, Panna Młoda i Gospodyni i już na stałe pozostali w tekście "Wesela".
       Imiona niektórych bohaterek sztuki przeżyły historię. Na skutek zabiegów matki pana młodego wydrukowano przed prapremierą afisze inne, ze zmienionymi imionami Haneczki i obu Pareńskich. W dniu 16 III 1901_,r. i być może podczas następnych przedstawień krakowskich bohaterkami sztuki były m.in. Klara, Aniela i Krzysia. Po jakimś czasie przywrócono imiona właściwe i tak już pozostało.
       Opis sceniczny, tzw. didaskalia, czyli inaczej wskazówki autora, jak sztukę inscenizować, są wierną fotografią domu Tetmajerów. O didaskaliach i autentycznym urządzeniu wnętrza domu Tetmajerów za chwilę. Najpierw nieco o zgodności postaci literackich "Wesela" z ich żywymi prototypami.
       Na wstępie jedna uwaga. Tylko niewielką grupkę spośród dość dużego grona osób przebywających pod dachem Tetmajerów w czasie czepin Wyspiański uczynił bohaterami sztuki. Tylko te, które były mu potrzebne do skontrastowania postaw narodowych i społecznych. "Wesele" stało się przy tym krzywym zwierciadłem charakterów, upodobań, słabostek, sposobu bycia i zapatrywań "sfotografowanych" uczestników weseliska Rydlowego. Słowo "sfotografowane" znalazło się to w cudzysłowie nie tylko dlatego, że trąci przenośnią. Głównie z tego powodu, że nieraz daleko wizerunkom realnych ludzi z wesela do pełnej prawdy. Rysował Wyspiański to szkice psychologiczne ostrą kreską, prawie bez półcieni, wydobywał to cechy osobowości, które pełnić miały ideową funkcję w dramacie. Często też je przerysowywał, odchodził od realnego modelu postaci scenicznej.
       Im jednak bliżej znał autentycznych ludzi, tym bardziej ich identyfikował przy pomocy szczegółów biograficznych w "Weselu". Stąd to tak szczegółowa charakterystyka Tetmajera-Gospodarza, Rydla-Pana Młodego, Rudolfa Starzewskiego-Dziennikarza, już kończącego 30 lat (nawet to zaznaczył Wyspiański, każąc Dziennikarzowi ze smutkiem westchnąć: "o Młodości, jakożeś daleko, a to jeszcze wczora, prawie wczora... "), Kazimierza Przerwy-Tetmajera-Poety, Antoniny Domańskiej-Radczyni, Marysi (siostry Panny Młodej), Anny Tetmajerowej~Gospodyni, Czepca, Wojtka (Wojciecha Susuła, męża Marysi).
       Inne osoby są już bardzo pobieżnie scharakteryzowane, Wyspiański uczynił je raczej wcieleniami określonych stereotypów parobków wiejskich, podlotków, żydowskiego karczmarza, który dobrze swoje wie, dziewczynki dziewięcioletniej z trzeźwym umysłem dziecka wiejskiego, księdza dbającego nie tylko o wieczne sprawy. Ten ostatni jest postacią zresztą czysto fikcyjną. Księdza na weselu Rydlów nie było, we wsi też żaden ksiądz nie mieszkał. Zgodzić się trzeba z M.Kwaśnym, że postać Księdza w dramacie, to twór fantazji Wyspiańskiego, choć z drugiej strony był on odbiciem stereotypu.
       Są też postacie w "Weselu", które łączy z realnymi ludźmi tylko rola, w jakiej występowały na weselu, względnie będące syntezą kilku rzeczywistych osób. Tak odrealnioną postacią w pierwszym rzędzie była Panna Młoda. Tyle tylko ma wspólnego z Jadwigą Rydlową, że "Wesele" niedwuznacznie wskazuje, kto jest Panem Młodym. We wszystkich, bez żadnego wyjątku, wspomnieniach, zawsze podkreślano jej wielką kulturę osobistą, łagodność charakteru. A to nagle w "Weselu" tak się wyraża: "(...J ino to ciarachy tworde, trza by stać i walić w morde". Ciarach, jak informuje tzw. warszawski Slownik języka polskiego, to pogardliwe określenie szlachcica, mieszczanina, krótko -człowieka, który nie jest chłopem. Przezwisko to obejmowało, więc wszystkich gości z miasta. Wszyscy oni byli mieszczuchami, bez względu na to, że znakomita ich większość (łącznie z rodziną Rydla) wywodziła się ze szlachty. W innym miejscu sztuki już zapowiada urządzenie świeżo upieczonemu małżonkowi sceny zazdrości: "Zdarłabym jej łeb, jak krosna!". Ale taka pełna temperamentu, prosta, więcej - prostacka i nieokrzesana Panna Młoda potrzebna była Wyspiańskiemu jako przeciwieństwo intelektualisty przebranego w sukmanę. Tu, w izbie ''tanecznej'', grała kapela, odbywały się czepiny
       Drugą postacią prawdopodobnie daleką w "Weselu" od rzeczywistości tamtych lat była Rachela. Przede wszystkim jej prototyp wcale nie nazywał się Rachela, tylko Józefa Singer, powszechnie w skrócie zwana Pepką. Nie ma pewności, czy na weselu w domu Tetmajerów miała na sobie czarną suknię i otulała się czerwonym szalem. Jak wspomina Skotnicki, przyszła ubrana w wiejski strój, aby nie odróżniać się od reszty dziewcząt. Helena Rydlowa, córka Lucjana, była innego zdania. Opierając się na znajomości stosunków wiejskich stanowczo negowała wspomnienia Skotnickiego. Żydzi i Żydówki nigdy nie nosili się z wiejska, przebieranie się Żydówki w strój wiejski naruszałoby ówczesne obyczaje. Kostium sceniczny Racheli, który pojawił się na deskach teatru w chwili prapremiery tłumaczyłby się ubiorem Singerównej na weselu. jest to możliwe. Pogląd H.Rydlowej znajduje jakieś potwierdzenie w liście L. Noskowskiej do redakcji "Świata" w 1932 r., w którym pisała, że wie od Singerówny, iż to stroju krakowskiego nie nosiła. Singerówna sama w tej sprawie głosu jednak nie zabrała. Wszystkie to rozważania jednak pozostają i pozostaną w sferze przypuszczeń. Tym bardziej, że znane są mimo wszystko przypadki noszenia się Żydów z wiejska. Anna Kowalska-Lewicka opublikowała fotografię drużby w stroju krakowskim na weselu córki rabina Halberstamma z Bobowej w latach trzydziestych. Fakt ten wszelako też można różnie tłumaczyć. Zdjęcie pochodzi z okresu, gdy popularność stroju krakowskiego sięgała zenitu, gdy ubiór ten stał się raczej elementem dekoracyjnym niż dowodem tożsamości.
       Zostawmy na uboczu tę kwestię, która nie ma na dobrą sprawę większego znaczenia. Ważniejsza jest inna - czy rysunek psychologiczny Racheli jest portretem Józefy Singer. Zdania i to są podzielone. Boy w swej słynnej "Plotce o "Weselu"" napisał, że Singerówna po prapremierze "Wesela" zaczęła zachowywać się jak Rachela, narzucając sobie pozę wzorowaną na tamtej z dramatu. Helena Rydlowa i to miała odmienny pogląd. Znała dobrze Singerównę, więcej, była z nią w zażyłej przyjaźni. Okazji do obserwacji jej było więc sporo. Na tej podstawie uważała, że Wyspiański niektóre z cech Racheli wzorował na znamionach osobowości Singerównej. Córka karczmarza bronowickiego rzeczywiście miała wyrastać wykształceniem ponad poziom innych dziewczyn w Bronowicach. Interesowała się poezją i malarstwem.
       Kim była naprawdę Józefa Singer, jak ułożyło się jej życie? Urodzona w 1881 r. pomagała przez pewien czas w karczmie ojcu. W czasie pierwszej wojny światowej pracowała jako pielęgniarka w szpitalach wojskowych. W latach 1921 - 1922 była referentką higieny szkolnej w Kuratorium Okręgu Szkolnego w Krakowie. Mieszkała przy ulicy Floriańskiej i prowadziła od pewnego momentu prywatną praktykę pielęgniarską. Przeżyta szczęśliwie wojnę dzięki fałszywej metryce i kenkarcie na nazwisko Eugenii Jadwigi Gawlik. Rodzinie Rydlów zawdzięczała zameldowanie na to nazwisko w samej Rydlówce, z którego korzystała aż do wyjazdu do Warszawy. Zmarła w stanie niezamężnym w 1955 roku.
       Nos. Tyle razy już próbowano rozszyfrować autentyzm pierwowzoru. Za każdym razem nie dość przekonywująco. Chyba najbliższa prawdy jest koncepcja, że to synteza kilku artystów (prawdopodobnieTadeusza Noskowskiego, syna kompozytora Zygmunta Noskowskiego, który rzeczywiście upił się potężnie w czasie czepin, i obu Czajkowskich).
       Z kilkoma zaledwie wyjątkami wiejscy bohaterowie dramatu, wzorowani byli na ludziach z krwi i kości, mieszkających Anno Domini 1900 w Bronowicach Małych. O gościach z miasta wiemy sporo, była zresztą już o nich mowa. O gościach ze wsi raczej niewiele. Warto więc poświęcić im nieco uwagi posługując się materiałem zebranym przez Kubę Mikołajczyka, Annę Rydlównę, L. Płoszewskiego, K. Zbijewską i R. Węgrzyniaka.
       W "Weselu" najważniejszą postacią chłopską jest Czepiec. Pierwowzorem jego był Błażej Czepiec, wuj Panny Młodej, drugi świadek - obok Wyspiańskiego - na ślubie Rydla. Rosty, silny, z wielką ciemną czupryną, krewki - w "Weselu" co chwilę chce kogoś bić - zdaniem K. Wyki klasyczny przedstawiciel "stojałowszczyków". W chwili wesela miał 50 lat. Zmarł w 1934 r. Wyspiański pomylił się nazywając go wójtem (dziad do Czepca-Panie wójcie.~. W rzeczywistości był pisarzem gminnym. Wójtem był Maciej Czepiec" jeden z czterech braci Błażeja.
       Kasper to następny przedstawiciel rodziny Czepców w "Weselu". Syn Macieja, wójta bronowickiego, urodzony w 1879 r. Drużba, który z Jaśkiem zalecał się do Kasi, który stanął na warcie a drzwi weselnych, w chwili zwierzeń Gospodarza z tego, co mu zlecił Wernyhora. Po weselu pomagał w gospodarstwie Lucjana Rydla w Toniach, później gospodarzył w Bronowicach, na starość został dozorcą stawów rybnych pod Bronowicami. Zmarł w 1961 r.
       Wreszcie Czepcowa, żona Błażeja. Miała na imię Wiktoria, z domu Ryżka.
       O ojcu Panny Młodej już była mowa. Był on w podeszłym wieku, w chwili wesela miał 68 lat. Zmarł w 1907 r. Matka nie trafiła do "Wesela".
       Jasiek i Kuba Mikołajczykowie, bracia Panny Młodej, dali imiona postaciom dramatu, mającym nie byle jaki wpływ na przebieg akcji aktu trzeciego. W życiu losy każdego z nich potoczyły się inaczej. Jan Mikolajczyk - w 1900 roku ukończył 20 lat - ożenił się dobrze w Bronowicach i do śmierci w 1957 r. nie przestał trudnić się gospodarką na roli. Jakub (Kubą przez wszystkich zwany) podczas wesela miał 11 lat. Po maturze został urzędnikiem. Pracował głównie poza Krakowem, ale po II wojnie światowej wrócił do tego miasta. Ostatnim jego miejscem pracy był dzisiejszy Urząd Dzielnicowy Śródmieście przy ul. Grodzkiej. Wysoki, szczupły, siwy i zawsze z ujmującym uśmiechem, był ostatnim żywym przypomnieniem tamtych lat. Przeżył wszystkich uczestników wesela. Zmarł w 1979 roku. Prawie do ostatnich chwil życia zachował sprawność fizyczną i umysłową.
       Klimina, wdowa po Klimie, wójcie w Bronowicach Małych. Boy ją określił tak: "wspaniała baba wiejska rnajqca pod czterdziestką, pełna ochoty zarówno do swatów, jak do ołtarza ". Na imię miała Anna. Zmarła w wieku 64 lat w roku 1918. W jej usta Wyspiański włożył kpinę z chłopomańskiej niewiedzy o realiach życia na wsi. Gdy Radczyni zapytała - w listopadzie!
"Cóż ta, gosposiu, na roli?
Czyście sobie już posiali?"
Klimina spokojnie ją poinformowała:
"Tym ta casem sie nie siwo."

       O Gospodyni też już była mowa. Jej imię pojawia się w "Weselu". W drugim akcie Gospodarz odzywa się do niej:
"Żono, słuchaj no,
żonisia, pójdź no Hanuś!"
Tu dodajmy tylko, że II wojna światowa ciężko odbiła się na jej życiu. W sierpniu 1939 r. pojechała do najmłodszej córki, której mąż był leśnikiem w lasach Fundacji hr. Jakuba Potockiego koło Brzeżan. Stamtąd f 0 lutego 1940 r. ją, córkę, jej męża i ich dwójkę maleńkich dzieci NKWD wywiozło na Sybir, za Irkuck, do kopalni mild. Zmarł tam zięć Tetmajerowej i dwoje wnucząt. Tetmajerowa i córka ocalały. Udało się im przedostać z Armią gen. Andersa do Iranu. Stamtąd droga wiodła do Indii i Włoch. Wróciły do Polski w 1948 roku. Wszędzie, nawet na Sybirze starała się nosić po krakowsku. W takim też widziano ją zawsze po powrocie, aż do jej śmierci w 1954 roku.
       Jadwiga, Isia w "Weselu" (tak ją nazywano w domu), to najstarsze z dzieci Tetmajerów. Już ojciec uczył ją malowania. Po studiach w Monachium i Paryżu została niezłą malarką. Z jej obrazów zachowało się wiele portretów, pejzaży, scen rodzajowych z Bronowic. Pewną jej bezpośredniość w zachowaniu świetnie oddał Wyspiański w scenie z chochołem. Bez wahania zwymyślała go: "(...J śmieciu jakiś (...J słomiany nygusie! (...J paralusie!". Wyszła za mąż za Ludwika Naim skiego, majora Wojska Polskiego. Mieszkała przez pewien czas w Tarnowie, wojnę przeżyła w Bronowicach i po 1956 roku wyjechała do Londynu, gdzie zmarła w 1975 roku, przeżywszy 84 lata.
       Tym, który przyprowadził Wernyhorę do Gospodarza, który wspólnie z Kubą przytrzymywał Wernyhorze na odjezdnym konia "diabła", "czarta", "odmieńca", a potem znalazł złotą podkowę, był Staszek. Postać też wywodząca się z rzeczywistości. Zdaniem K. Zbijewskiej, Wyspiański posłużył się imieniem Staszka Rubina, chłopca, który pomagał w gospodarstwie Tetmajerów. Sierota, nie pochodził z Bronowic. Włodzimierz Tetmajer utrwalił jego twarz - według relacji Kuby Mikołajczyka - na tryptyku "Wigilia", którego reprodukcja zawisła w 1969 r. na ścianie w Rydlówce, w izbie weselnej.
       Listę gości wiejskich zamknijmy na Karczmarzu. Był nim Hirsz Singer. Hirsz a nie Hersz. Świadczy o tym przechowywana w Rydlówce legitymacja wydana w 1915 r. przez komendanturę twierdzy krakowskiej, zezwalająca Singerowi na pobyt w Krakowie. W tym czasie mieszkał już w mieście przy ul. Krakowskiej 57, a karczmę prowadził jego syn Rumek (Roman) Singer. Opowiadano we wsi i w mieście, że Rachela zastępując ojca w karczmie dawała literatom i malarzom wódkę na wieczny kredyt. Wystarczający powód do konfliktów w rodzinie. Jeżeli wierzyć bardzo wątpliwej relacji dra Waschuetza, ówczesnego koncypienta adwokackiego - przekazanej w Palestynie R. Brandstaetterowi w 1944 r. a przeniesionej na papier 30 lat później - Singer miał się oburzać, że Wyspiański przedstawił go, uczciwego i solidnego Żyda, jako karczmarza, którego weksle idą do protestu.
       Wkrótce Singer rozszedł się z żoną, zostawił jej zadłużoną karczmę i resztę majątku (mieli 8 mórg gruntu), wziął ze sobą tylko Pismo Święte i przeniósł się do domu starców na Kazimierzu. Do śmierci podczas I wojny światowej spehual najniższe posługi w Kahale. Pozostawił po sobie 3 synów i 3 córki. Józefa-Rachela była najmłodsza. W latach okupacji cala rodzina Singerów została wymordowana. Ocalała tylko Rachela i jej bratanek dr Henryk Singer.
       Wyspiański nikogo nie głaskał, nikogo nie szczędził w "Weselu", bo nie mógł tego zrobić. "Wesele" nie dla rozweselenia społeczeństwa zostało napisane. Było z tego powodu trochę dąsów, niesnasek. Czas i chwile refleksji w końcu je zatarły. Faktem nie do wymazania zaś z pamięci pozostało związanie genezy "Wesela" z weselem Rydlów w domu Tetmajerów - Gospodarza i Gospodyni.
       Stosunki pomiędzy Rydlem a Wyspiańskim po prapremierze "Wesela" nie powróciły jednak do dawnego stanu. Rydel, człowiek gołębiego serca, po jakimś czasie puścił w niepamięć charakterystykę Panny Młodej i Haneczki. Walczył później, w 1905 roku, o przyznanie Wyspiańskiemu stanowiska dyrektora teatru miejskiego w Krakowie. Ten nie odwzajemnił już tych objawów dobrej woli. Być może postępująca choroba czyniła go coraz bardziej zgryźliwym, odsuwała od ludzi mu przyjaznych. Również i kręgi zainteresowań artystycznych, układy osobiste tych dwóch bliskich kiedyś sobie ludzi, oddalały ich od siebie. Znamiennym dowodem tego jest fakt, że od dnia prapremiery do chwili śmierci, a więc przez okres prawie 7 lat, Wyspiański napisał tylko 5 listów do Rydla. Prawie wszystkie powściągliwe, zdawkowe, pozbawione śladów gorącej niegdyś przyjaźni.
       Po weselu młoda para zamieszkała najpierw w dotychczasowym mieszkaniu Rydla przy Placu Słowiańskim, a od maja 1901 roku w wynajętym domu w sąsiednich Bronowicach Wielkich. Nie było im tatty wygodnie. Po roku przenieśli się Rydlowie do dworu Franciszka Paszkowskiego w Toniach. Zdjęcie w "alkierzu" pokazuje właśnie młodych Rydlów przy stole przed dworem w Toniach w jakiś pogodny dzień letni. Zachowana korespondencja Rydla świadczy, że próbował warzywnictwa i ogrodnictwa obok swych codziennych zajęć literackich, przygotowywania i wygłaszania wykładów, odczytów, nauczania na przeróżnych kursach. Z tych czasów pochodzi plotka, że sprzedawał truskawki na Rynku Kleparskim w Krakowie. Plotka ma pokrycie w faktach. W listach pisanych w 1902 i 1903 r. informował, że posadzili oboje co najmniej 5000 krzaków truskawek, a "po truskawkach zaczniemy wywozić na targ młode ziemniaki (bramborki), po ziemniakach ruszy .się kapusta etc. ". Może sam osobiście nie sprzedawał, ale w końcu niewielka to już różnica. Czy to zresztą znaczy, że Rydel stracił w ten sposób na honorze? Tylko w oczach Dulskich i im podobnych. Podziw budzi pracowitość i wielostronność działalności Rydla -wbrew panującej do dziś opinii -jego umiejętność dostosowania się do warunków życia na wsi.
       Tymczasem opustoszał dom, w którym Rydlowie obchodzili swe wesele. Tetmajer już w r. 1903 kupił pofrańciszkański dworek znajdujący się jakieś 200 metrów na zachód od dotychczasowego mieszkania. Dom "Wesela" stanął pustką. Odstępował go Tetmajer od czasu do czasu przyjaciołom na mieszkanie. Mieszkał tam więc przez prawie rok malarz Henryk Uziembło z całą rodziną, mieszkał też i malował Jan Skotnicki.
       Tetmajer w poszukiwaniach nabywcy domu zaproponował w końcu kupno Rydlowi, który akurat w tym czasie zaczął rozglądać się za domem dla siebie. Ten jednak zwlekał z decyzją, być może po prostu z powodu braku pieniędzy. W posiadaniu rodziny Rydlów znajduje się pisany około 1907 r. (bez daty) list Tetmajera do Rydla, w którym naciskał na kupno. Argumentem koronnym w namowach Tetmajera był świetny interes, jaki miał zrobić Rydel na nabyciu domu. Tetmajer pisał:
       "(...) Dla Ciebie zaś, gdybyś dom kupił, zdarza .się świetny interes. Mianowicie ma być w Bronowicach Małych posterunek żandarmerii, który potrzebuje domu, o trzech pokojach, kuchni i ogródku. Za taki dom płaci żandarmeria 300 zlr. (600 kor.) rocznie, a z ogródkiem i więcej. Pomyśl sobie jaki to jest procent, a do tego dam, przez stanie pustką w zimie się niszczy, podczas, gdy zamieszkały, nie niszczy się. Sprawa zaś z c.k. żandarmeryą jest pewna i kontrakt się robi na lat kilka. .Ja oczywiście mogę teraz zrobić wcale dobry interes, ale też dlatego pragnąłbym, abyśmy rzecz.skończyli (...) ". Jak bardzo naciskał świadczą między innymi słowa: "(...) Dlatego proszę Cię bardzo usilnie, żebyś był tak łaskaw zdecydować się w tę lub ową stronę, a w razie niezmienionego zamiaru, bądź tak dobry porozumieć się ze mną co do dnia kontraktu (...) rozumiesz to, że ja nie bardzo mogę długo zwlekać (...) kupców też mam na dom, ale wyznaję, że walę stokroć.sprzedać Tobie za umówioną cenę, niż komu obcemu za wyższą ".
       W końcu kontrakt zawarli i w 1908 roku Rydel stał się właścicielem domu, w którym jego wesele stało się "Weselem".
       Upłyną jeszcze cztery lata zanim Rydlowie wprowadzą się do Bronowic. Przez ten czas nigdy domu nie wynajmie żadnym żandarmom, tylko, i to na krótko, znajomym malarzom. A potem przebudowa według projektu Józefa Pokutyńskiego. Dobiega końca w 1912 roku. Dom staje się prawdziwym dworkiem. Przybyła dobudowana z lewej strony pracownia z pięterkiem, w którym pan domu pomieści swą bibliotekę i gabinet do pracy. Dach odtąd jest kryty dachówką i o zgrozo! - dawna sala taneczna powiększa swe rozmiary o sień pamiętną widokiem w niej Wyspiańskiego, obserwującego weselną zabawę, utrwaloną w didaskaliach "Wesela".
       Dalsza zmiana w architekturze budynku dokonana została już po śmierci Rydla. W latach trzydziestych znikła balustrada między filarkami frontowego ganku. Gdy Rydlowie wprowadzili się, oba domy otrzymały potoczne nazwy, które dziś są już częścią historii. Nowy dam Rydlów, a dawny Tetmajerów od tej chwili nazywa się Rydlówką, dawny dworek pofranciszkański stał się Tetmajerówką.
       Przedziwnie nie miał szczęścia Rydel do swego domu. W dwa lata później wybuch I wojny światowej spowodował konieczność opuszczenia Bronowic. Granica była tuż obok w Szycach odległych o 10 kilometrów. Bronowice znajdowały się w pasie fortyfikacji, których pozostałości zachowały się do dziś na zachodnim skraju wsi. Władze austriackie wydały nakaz ewakuacji Bronowic. Przenieśli się więc we wrześniu w 1914 roku najpierw do Krakowa; potem jeszcze dalej -do Czech, do Pardubic i Pragi. Dworek zajęli oficerowie austriaccy, Kraków bowiem był twierdzą pełną wojska. Wkrótce miasto zostało poważnie zagrożone przez Rosjan, którzy ostatecznie nie doszli dalej niż do Bieżanowa. Odsunięcie się frontu, a zwłaszcza jego przełamanie z początkiem maja 1915 r. przez wojska austriackie i niemieckie sprawia, że w połowie tego roku Rydlowie wracają. Rydel obejmuje ponownie wykłady w Akademii Sztuk Pięknych, a po śmierci Tadeusza Pawlikowskiego, znakomitego dyrektora Teatru Miejskiego, zostaje jego następcą podczas jednego sezonu teatralnego. W tym czasie całymi tygodniami przebywa w Krakowie, co wcale nie waczyło, że z miasta było do nich tylko kilka kroków. Wędrówki między Bronowicami i Krakowem pochłaniały czas i siły.
       Od dawna niedobry Stan zdrowia pogarszał się coraz bardziej. Ciężkie warunki materialne w połączeniu z wojennymi trudnościami aprowizacyjnymi bynajmniej Rydla nie załamały. Prowadzi wykłady, pisze komedię z czasów Sobieskiego. Doczekał roku 1918, ale niestety nie tych miesięcy, które w nim były najważniejsze - października i listopada, czasu odzyskania niepodległości. W końcu marca zachorował na zapalenie płuc, na które nie było ratunku. Zmarł w Rydlówce 8 kwietnia 1918 roku. Mieszkał więc w swym wymarzonym domu zaledwie pięć lat. Żona przeżyła go 0 18 lat. Do ostatnich swych dni była wierna swemu pochodzeniu, zawsze chodziła w wiejskim , bronowickim stroju.
       Rydlówka pozostała w rękach rodziny. Dom obrastał w lata i legendy. Budził pamięć o niezwykłych czasach młodopolskich, o słynnym weselu Rydlów, o bytności na nim Wyspiańskiego.
       Już w okresie międzywojennym zaczęli zaglądać do Rydlówki ludzie ciekawi miejsca genezy "Wesela". Zainteresowanie wzrosło po wojnie, liczba zwiedzających stałe zwiększała się. Rodzina Rydlów, zwłaszcza córka poety Helena Rydlowa i wnuczka Anna, zawsze chętnie otwierały drzwi przed pragnącymi zwiedzić Rydlówkę.
       W 1957 roku, w 50 rocznicę śmierci Wyspiańskiego, odbyły się uroczystości ku czci autora "Wesela". Z okazji tej naprawiono po trosze dworek. Wnętrze niewiele jednak miało wspólnego z realiami wesela Rydlów. Tylko stropy, okna, podłogi i częściowo ściany były to same. Sprzęty bezpośrednio związane z weselem znalazły się gdzie indziej. Pozostały natomiast liczne, cenne pamiątki po Lucjanie Rydlu i osobach z nim związanych.
       Choć historia "Wesela" zdążyła już znaleźć się w podręcznikach szkolnych, zabrakło w nich miejsca dla poezji Rydla. Grywano jeszcze "Betlejem Polskie", rzadziej "Zaczarowane Koło". Po roku 1945 oba utwory znikły z repertuaru teatrów prawie całkowicie. Zbyt wiele w nich było religii. Takie sztuki tylko przeszkadzały w budowie socjalizmu, nie opiewały świetlanej przyszłości Polski Ludowej. Po drodze zapomniano także o uroku jego Gcznych wierszy. Początek przełomu nastąpił dopiero w 1979 r. Teatr Ludowy w Nowej Hucie wystawił wówczas "Betlejem Polskie". Potem już pojawiło się "Zaczarowane Koło", zaczęto grać Rydla nie tylko w Krakowie. Odkryte jakby na nowo wiersze świadczą o jego talencie poetyckim. Szkoda, że nie doszło do wznowień jego poezji. Po słynnej "Plotce o Weselu" Boya, pojawiły się, zwłaszcza po drugiej wojnie światowej, inne wspomnienia. Zebrało się ich tyle, że nie pozostało nic innego, jak wydawać kolejne antologie wspomnień o okresie Młodej Polski. Ze wspomnień tych, zwłaszcza Adama GrzymałySiedleckiego, wynika dziś, że "Plotka" Boya wyrządziła dużą krzywdę pamięci Rydla. J. Dużyk napisał o Rydlu ciekawą i gruntownie udokumentowaną książkę. Powstał nowy obraz znakomitego erudyty i dobrego poety, twórcy utworów scenicznych, tłumacza, człowieka prawego charakteru. A że lubił dużo mówić- wszyscy byli zgodni, że Rydel gada, gada, gada - to cóż z tego? Ważne było to, że miał coś do powiedzenia.
       Prawdą szczerą jest, że w chwili ożenku Rydel nic nie wiedział o wsi, o prozie życia wiejskiego. Chciał od pierwszej chwili jak najlepiej, starał się zbliżyć do chłopów bronowickich, wyobrażał sobie, że przez małżeństwo stanie się jednym z nich, pozostając literatem. Z początku prowadziło to nawet do komicznych efektów, jego zabiegi nie zyskały aprobaty żadnej ze stron. Ale znowu życie wszystko pomieszało. Nie Bronowice, ale Tonie były miejscem zżycia się Rydla z wsią, do Bronowic wrócił już nieco innym człowiekiem. Pozostawił po sobie Rydlówkę, świadectwo sławy Bronowic.
       Tymczasem, tak niepostrzeżenie, że nikt alarmu nie zdążył podnieść, zniknęły dwa pozostałe miejsca wesela Rydlów. Przestała istnieć chałupa Jacentego Mikołajczyka, "Ojca" w "Weselu", któremu Wyspiański włożył w usta gorzkie słowa - "Ot, pany się nudzą sami, to sie pieknie bawiom z nami". Po Mikołajczykach chałupa przeszła w ręce dzieci, później zamieszkali obcy aż w końcu rozebrano ją w 1938 roku. Nie ma też już karczmy Singerów, w której Pepa Singerówna, "Rachela", na codzień stała w tamtych latach za szynkwasem i nie zawsze starannie pilnowała interesu. Ojciec (Żyd w "Weselu") miał o to do niej pretensje:
"Ona lubi to poety;
ona nawet chłopy lubi;
ona chłopom kredyt daje,
to mi się aż serce kraje,
bo to rzecz drażniąca wielce
i nieraz jestem w rozterce:
to interes - a to serce. - "

       Pozostała już tylko Rydlówka. A i z nią nie było dobrze. Czynił swoje bowiem czas, wróg każdej budowli. Patyna wieku tylko wtedy cieszy oko gdy nie przebijają przez nią liszaje. W grudniu 1968 r. wybuchł pożar w Rydlówce. Od ognia w kominie zapaliły się ściany wewnętrzne. Woda z sikawek straży pożarnej podwoiła zniszczenie.
       Umiarkowane nieszczęścia, jak sól, są potrzebne. Wiadomości o pożarze w Rydlówce pojawiły się w prasie. Nadchodził zaś za kilkanaście dni rok 1969-sto lat upływało od urodzin Stanisława Wyspiańskiego. Powstał pomysł, by wyremontować Rydlówkę i urządzić w niej muzeum poświęcone związkom Bronowic z kręgiem twórców Młodej Polski, osobie Lucjana Rydla i legendzie pamiętnego wesela. Organizacją muzeum zajął się Krakowski Oddział Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Ktajoznawczego, włączając je w sieć muzeów regionalnych.
       Remont Rydlówki, a zarazem jej adaptacja dla celów muzealnych oraz organizowanie muzeum stały się głównym przedmiotem nie tylko zainteresowania, ale przede wszystkim autentycznie społecznego wysiłku wielu, wielu ludzi. Kapitalne znaczenie miała przychylność, szczodrość rodziny Rydlów, walna pomoc Spółdzielni Pracy Artystycznej im. S. Wyspiańskiego, muzeów Narodowego, Historycznego, Etnograficznego, biur projektowych, niektórych szkół i techników oraz licwej rzeszy osób prywatnych ofiarowujących gracę, dary lub w drodze depozytów eksponaty. Piszący to słowa, mając też coś wspólnego z organizacją tego muzeum, pamięta dobrze, ile czasu ówcześni członkowie PTTK poświęcili wówczas zbieraniu obiektów i renowacji Rydlówki. Kraków otrzymał Muzeum Regionalne Młodej Polski, dzieło bezinteresownej pracy licznych entuzjastów.
       Miarą zapału, skuteczności wysiłku, było otwarcie muzeum już w dniu 21 listopada 1969 roku, w sześćdziesiątą dziewiątą rocznicę słynnego wesela i w niecały rok od decyzji o remoncie i organizacji muzeum. Powstało niewielkie i chyba unikatowe -muzeum legendy. Oficjalna nazwa - Regionalne Muzeum Młodej Polski "Rydlówka" -może spotkać się z zarzutem nazwy zbyt ogólnej, jak na obecną treść ekspozycji. Prosi się więc wyjaśnienie, że nazwa wskazuje tylko ogólny kierunek zainteresowań ściśle związanych z Rydlówką. Nie jest to więc ani muzeum Wyspiańskiego, ani muzeum dziejów "Wesela" Wyspiańskiego. Wyspiański dostał w końcu po 70 lat trwających staraniach, osobne Muzeum w budynku przy ulicy Kanoniczej nr 9, będące oddziałem Muzeum Narodowego, historię zaś insceruzacji obrazuje Oddział Historii Teatru Muzeum Historycznego w Krakowie, przy ulicy Szpitalnej.
       Tu, w Rydlówce, postanowiono pokazać rodowód i realia legendy "Wesela", a zatem autentyzm wesela Rydlów i niebagatelną rolę Rydla tak w polskiej kulturze jak i genezie "Wesela", a nadto związki między folklorem bronowickim a sztuką Młodej Polski. Ekspozycja obejmuje - z wyjątkiem jednej izby - parter najstarszej części Rydlówki a więc sień i trzy izby: "taneczną", "weselną" i "alkierz". W roku 1990 włączono do niej jeszcze "świetlicę", zajmującą cały parter części budynku dobudowanej przez Rydla.
       Pięterko zajmuje rodzina Rydlów. Dom jest bowiem jej własnością tak jak i wiele eksponatów. Na co dzień opiekuje się muzeum p. Anna Rydlówna - w prostej linii wnuczka poety. Pełniąc funkcję kustosza, spaja tradycję rodzinną ze współczesnością, personifikuje ciągłość historii.
       W sieni z prawej strony a wejścia oprawny w szkło wycinek z IKC z 26 IV 1936 r. "Pogrzeb śp. Lucjanowej Rydlowej" i "Arystokratka w czepcu", drzeworyty Jana Stańdy - "Wesele" St. Wyspiańskżego w ekslibrisach oraz oprawiony w szkic wycięty z "Tygodnika Powszechnego" artykuł T. Końskiego poświęcony pamięci Anny Tetmajerowej (1954).
       Zwiedzanie zaczyna się od "świetlicy", dawnej biblioteki Lucjana Rydla, która znajduje się w części budynku dobudowanej przez niego.
       "Świetlica". Była biblioteką i gabinetem. Zachowała się fotografia części tej biblioteki z drewnianą galeryjką, na której stały popiersia trzech wieszczów. Po śmierci poety stawała się coraz bardziej lamusem mało używanych przedmiotów. Po II wojnie światowej córka Rydla - Helena oddała ją parafii w Bronowicach Małych na bibliotekę i świetlicę dla młodzieży. Stąd właśnie dzisiejsza nazwa "świetlica". Tu odbywały się przedstawienia amatorskie w wykonaniu młodzieży, to grano między innymi "Betlejem Polskie". W 1959 r. władze usunęły z Bronowic tamtejszego proboszcza, ks. Antoniego Gigonia, który dbał o świetlicę i zachowanie starych obyczajów. Właśnie z tego powodu został wyrzucony z Bronowic. Ośmielił się w 1959 r. poświęcić jedzenie z okazji Świąt Wielkanocy poza murami kościoła, w tradycyjnym dla tej uroczystości miejscu.
       Po odejściu ks. Gigonia działalność świetlicy zamarła. Dawny gabinet Rydla stał się rupieciarnią.
       Po gruntownym remoncie otwarto w niej w roku 1990 stałą ekspozycję malarstwa z lat 1890 - 1914, powstałego z inspiracji Bronowic i ich okolic. Jest ona czymś w rodzaju rekonstrukcji "pleneru bronowickiego" z tamtych lat. Na ścianach spotkały się więc obrazy ludzi tworzących wówczas dość spójną grupę malarzy oczarowanych pejzażem Bronowic, folklorem wiejskim, postaciami chłopów bronowickich.
       Obrazy są własnością Muzeum oraz depozytem rodziny Rydlów, Muzeum Narodowego, Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego i Muzeum Historycznego w Krakowie. ''Świetlica'' to rekonstrukcja pleneru bronowickiego
       Od lewej strony, poniżej galeryjki, wiszą: Kazimierza Sichulskiego (1879 - 1943) "Orka" (nie datowany), Włodzimierza Tetmajera (1862 - 1923) "Wesele" (nie datowany), Stanisława Kamockiego (1875 - 1944) "Krajobraz z ostami" (ok. 1910 - 1915), Włodzimierza Tetmajera "Stodoły w Bronowicach" (nie datowany), Damazego Kotowskiego (ok. 1860 - ok.1929) "Rozmowa" (nie datowany), Jerzego Karszniewicza (1878 - 1945) "W ogrodzie" (rue datowany),Stanisława Czajkowskiego (1878 - 1954) "Bronowice pod Krakowem - zmierzch" (1907 r.), Wincentego Wodzinowskiego (1864 - 1940) "Chłop bronowicki" (1895), Henryka Szczyglińskiego (1881 - 1944) "Dom w słońcu" (nie datowany), Włodzimierza Tetmajera "Chałupy w Bronowicach" (nie datowany, kiedyś własność Racheli).
       Jednym z najpiękniejszych obrazów w tej niewielkiej galeńi jest z pewnością "Krajobraz zimowy" (1908) Stanisława Czajkowskiego. Obok niewielka akwarelka Ludwika de Laveaux (1869 - 1894) powstała ok. 1888 r., przedwcześnie zmarłego, Widma w "Weselu". Być może namalowana w Bronowicach nad dawnym stawem. K. Estreicher jun. zauważył, że porównanie twarzy malarza z autoportretem Ludwika de Laveaux, znajdującym się w Muzeum Narodowym w Warszawie, wykazuje duże podobieństwo. Czyżby był to "Autoportret nad stawem"?
       Na uwagę zasługuje obraz Włodzimierza Tetmajera "Izba w domu Jacentego Mikołajczyka" (nie datowany). Mimo, że nie wytrzymuje porównania z innymi dziełami tego malarza warto na niego rzucić okiem. Dziewczyna wiejska siedząca na ławie w tej izbie to prawdopodobnie Marysia z "Wesela", narzeczona Ludwika de Laveaux. Są to również płótna Henryka Uziembly (1879 - 1949) "Dziewczyna z Bronowic" (1915), Ludwika Stasiaka (1858 - 1924) "Wierzby" (nie datowany), Tadeusza Noskowskiego (1876 - 1932) kto wie czy nie Nosa z "Wesela", "Jesień" (1901 r.).
       Szczególne wyróżnienie należy się niewielkiemu obrazkowi "Cmentarz wiejski" (ok. 1890 r.) Jana Stanisławskiego (1860-1907), którego sztuka znaczyła kierunek marzeń Pana Młodego:
... "żebym miał kąt z bożej łaski,
maleńki, jak to obrazki,
ca maluje Stanisławski
z jaóJoniami i z bodiakiem
we złotawym słońcu takiem..."

       Po drugiej stronie okna, nad schodkami prowadzącymi na galeryjkę duży obraz Jana Skotnickiego (1876-1968) "Wspomnienie bronowickie - jak w bajce" (nie datowany).
       Na galeryjce dwa ostatnie obrazy: Włodzimierza Tetmajera "Kopanie ziemniaków" (nie datowany) i bardzo nastrojowy Stefana Filipkiewicza (1879 - 1944) "Sad w cieniu"(1920).Urządzenia świetlicy dopełniają jeszcze malowane, na ludowo, "po krakowsku" meble, w istocie miejskie, należące kiedyś do Stefana Turskiego (1875 -1945), aktora, reżysera i autora m.in. "Krowoderskich Zuchów" i "Loli z Ludwinowa". Są to biurko, szafa, stolik nocny, postument. Ludowość ich była więc dosłownie powierzchowna. Jeszcze bardziej niż ta, którą wydrwił Wyspiański w "Weselu". Jedynie skrzynia, też należąca dawniej do Turskiego, choć wykonana na jego zamówienie, jest prawdziwym meblem wiejskim.
       Izba "taneczna". Znajduje się na wprost wejścia do sieni. Podczas wesela Rydlów grała w niej wiejska kapela, to odbywały się czepiny i lańce. Sporo to miejsca nadal. By utrzymać wrażenie wolnej przestrzeni zachowano wstrzemięźliwość w jej umeblowaniu. Na środku, tuż pod lampą, mały stót w stylu Ludwika Filipa. W kącie stare biurko podarowane Lucjanowi Rydlowi przez wspomnianą już Aleksandrę Czechównę, autorkę bardzo ciekawych pamiętników, będących źródłem nie tylko informacji o przełomie XIX i XX wieku ale i odbiciem światopoglądu i postaw społecznych ówczesnego krakowskiego mieszczaństwa. Wprawdzie nie przy tym biurku, lecz ręką Czechówny napisane zostały zdumiewające trzeźwością słowa: "Co do mnie, to powiem, że jak z początku małżeństwo to ogromnie mnie się nie zdawało, tak znów obecnie zapatruję się na niego mniej Pesymistycznie. Trudno przypuścić, ażeby Lucio mógl dostać pannę z SO tysiącami posagu, gdyby np., wziąl za żonę 15, a choćby i 20 tysięcy zlr., to Procent od tej sumy wystarczyłby zaledwie na sługi, na jedną choćby suknię balową, a w końcu na aptekę, doktorów i dentystę. W ten sposób musiałby on co najmniej mieć ze 2 albo 3 tysiące zlr. pewnego dochodu, żeby utrzymać dom jako tako i wypełnić żądania swej pani. Ponieważ on dochodu nie ma żadnego, mógłby być bardzo nieszczęśliwym, podczas kiedy tutaj, żeniąc się z dziewczyną wiejską, ma wszystko ułatwione. Ugotuje mu ona, upierze, gdy Pan Bóg da dzieci, wszystkie wykarmi i nie będzie miała żadnych wymagań. A gdy do tego wszystkiego weźmiemy pod uwagę, że on tę dziewczynę kocha, to doprawdy ja pierwsza powiem, iż dobrze zrobił, że się z nią ożenił. (...)"
       Na biurku popiersie L. Rydla - dzieło T. Błotnickiego, teczka L. Rydla, z jego inicjałami, na papier listowy i korespondencję. Stoi to też biblioteczna szafa Lucjana Rydla, pełna arcydzieł literatury światowej - w językach oryginałów. Izbę - jak i pozostałe - oświetlają wyłącznie zelektryfikowane, zabytkowe lumpy naftowe z końca XIX w.
       Izba "taneczna" poświęcona została Lucjanowi Rydlowi i jego rodzinie. Na ścianach portrety rodzinne. Wiszą więc od wejścia z sieni obrazy: malowany przez Włodzimierza Tetmajera (1862 - 1923), portret żony a zatem siostry Panny Młodej (ok.1910 r.); Jadwigi Tetmajer czyli Isi z "Wesela" (1891 - 1975), jedyny krajobraz wśród obrazów w tej izbie - Dom Jacentego Mikołajczyka, inaczej mówiąc dom rodziców Panny Młodej, w którym mieszkał też Włodzimierz Tetmajer z żoną zaraz po ślubie; obraz ten (nie datowany) był dawniej własnością Józefy Singer - Racheli; następne dwa obrazy to portrety dziadka i babki Lucjana Rydla -Bonawentury Rydla (1789 -1854) i Joanny z Woytawskich Rydlowej (ok. 1840 r., malarz nieustalony).
       Teraz zaczyna się seria portretów Jadwigi Rydlowej, Panny Młodej, malowanych i przed i po ślubie. Pierwszy z nich, od lewej, jest dziełem Stanisława Kamockiego (1875 - 1944) powstałym ok. 1900 r.
       Środek ściany zasiania wielki, pastelowy portret Jadwigi Rydlowej (1900), dzieło Stanisława Fabijańskiego (1865 - 1947 r.). Jest do dar wdowy po malarzu dla muzeum. Artysta nie ukończył obrazu. Odłożony na bok, potem zwinięty w rulon, czekał swych dobrych czasów w szczelinie między kredensem kuchennym a ścianą w mieszkaniu przy ul. Poselskiej. Wydobyty został stamtąd dopiero w październiku 1969 r. Ostatnie grace przy jego oprawianiu i zawieszaniu odbywały się w momencie, gdy już przed Rydlówką gromadzili się pierwsi goście zaproszeni na otwarcie muzeum.
       Kolejny portret Jadwigi Rydlowej (ok. 1897 r.) namalowała Anna Saryusz-Zaleska. Wg relacji rodzinnych, Jadwiga pozowała do niego, gdy miała zaledwie 15 lat. Trudno w to uwierzyć patrząc na obraz. Wygląda na nim jak dorosła kobieta.
       Ostatni portret Jadwigi Rydlowej (pastel z 1913 r.) wyszedł spod ręki Antoniego Kamieńskiego (1861 - 1933).
       Nad wszystkimi obrazami w Rydlówce dominuje jeden. Słynny portret Lucjana Rydla "z Primaverą", pastel Stanisława Wyspiańskiego (1894). Świadczy on o bardzo silnych związkach obu artystów. Nazwa obrazu pochodzi stąd, że tłem jego jest fragment słynnego obrazu Botticellego "Primavera". Był to ulubiony obraz Rydla. Wyspiański wiedział dobrze o tym. Przysłał mu kupioną we Włoszech reprodukcję właśnie tego a nie innego obrazu. Potwierdza to zapis Rydla w jego Dzienniku w dniu 22 X 1892 roku: "Przed dwoma tygodniami przyszła do mnie z Paryża ręką Stasia Wyspiańskiego adresowana.spora paczka. Otwieram: ogromna fotografia "Primavery"Botticellego. Gdyby mię kto pytał, co z całego malarstwa włoskiego najbardziej do mnie przemawia i co bym pragnął mieć a .siebie, to bym powiedział, że "Primaverę". Tak ją lubię. (... J. Jak mnie Staś tąjotografią uradował, wypowiedzieć nie umiem (...)."
       Rydel nie był jedynym, który zachwycał się Botticellim. W kilka lat później zapanowała wręcz moda na malarstwo Botticellego. W liście pisanym przez Włodzimierza Tetmajera w pięć lat po powstaniu portretu Rydla, w dniu 5 III 1899, przeczytać można: "Wszyscy i wszędzie wciąż o Botticellim. Koafiury a'la Botticelli, kapelusze, barwy sukien, bukiety... a'la Botticelli, karty pocztowe, afisze, niewieście kibicie, gobeliny - Botticelli! Każdy dziennikarz wiele zawsze ma dp powiedzenia też o Boticellim,Boticellemu, Botticellego... ". Wyspiański modę tę zarejestrował w "Weselu".
      Gdy Żyd zapytał:
"Po co się pan z chłopką żeni? Są panny inteligentne."

      Pan Młody wyjaśnił mu:
"One mnie się wydają przeciętne. Kocham to z Botticellego, lecz nie chcą zapychać niemi każdej piędzi naszej ziemi."

       Obok portret dziadka Lucjana Rydla -profesora J. Kremera (1806 -1875), filozofa, estety, rektora UJ. -namalowany pośmiertnie przez Floriana Cynka (nie datowany). Według tradycji rodzinnej Rydlów pracę Cynka poprawił sam Jan Matejko, który znał Kremera osobiście.
       Prezentację rodziny Rydlów kończą dwie fotografie - Lucjana Rydla (1833 - 1895), ojca poety, profesora okulistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego i Heleny z Kremerów Lucjanowej Rydlowej, matki poety.
       Po obu stronych drzwi do izby "weselnej" skromne, mieszczańskie szafy z końca XIX wieku, jakie zaczęły w tym czasie wypierać w Bronowicach meble ludowe. Obie szafy pełnią dziś funkcję gablot ekspozycyjnych. W prawej dwa stroje wiejskie noszone do niedawna w Bronowicach - kobiecy i męski. W lewej znajdują się autentyczne stroje uczestników wesela Rydlów choć nieweselne - strój Jadwigi Rydlowej i kaftan "Jaśka" (Jana Mikołajczyka, brata Panny Młodej), tego co to "zabył złoty róg". Strój Rydlowej nie jest tym, w którym jechała do kościoła. Tamten był inny, bardziej wystawny, katana była bladoamarantowa a gorset zielony. Tutaj i katana i gorset są czarne. Również spódnica nie to sama. W szafie, na dole zminiaturyzowana skrzynia krakowska, pamiątka po Racheli - Józefie Singer.
       Nad drzwiami do izby "weselnej" widoczna jest tablica weselna, a raczej szlaban weselny, na wzór tych, jakimi dawniej we wsi zastawiano drogę nadjeżdżającemu z kościoła orszakowi weselnemu. Trzeba się było okupić, najczęściej wódką, rzadziej grosiwem. Takie tablice ustawiano na powitanie młodej pary, z życzeniami pomyślności.
       Na jednej zaś z belek (kiedyś, przed przebudową-środkowej) napis "Pobłogosław nam Panie i to nasze mieszkanie. Zachować ognia Święty Floryanie Rok Pański 1894. Dnia 5.II.M" W izbie ''tanecznej'' stare szafy ze strojami krakowskimi
       Izba "weselna". Zrekonstruowano ją według didaskaliów dramatu Wyspiańskiego. Wygląda prawie tak, jak widział ją autor "Wesela" w nocy na 21 listopada 1900 roku. Rekonstrukcja nie była łatwa. Nie każdy szczegół didaskaliów zgadza się z zachowanym odręcznym rysunkiem Wyspiańskiego, wykonanym dla pracowni dekoratorskiej. Oba to dokumenty nie oddawały zresztą rzeczywistego wyglądu izby w ówczesnym domu Tetmajera. Nie mogły być wiernym odbiciem, bo Wyspiański musiał pozostawić jedną ścianę wolnę, tę od strony widowni. Poza tym proporcje sceny są inne, autor musiał w opisie niektóre przedmioty poprzestawiać, mimo, że pisząc didaskalia z pamięci, na ogół wiernie odtworzył realną scenę akcji dramatu. Także meble nie to same. Tetmajerowie znajdują się po części w Tetmajerówce, po części w innych mieszkaniach rodziny Gospodarza. W rekonstrukcji posłużono się meblami oddanymi w depozyt przez rodzinę Lucjana Rydla oraz podarowanymi przez entuzjastów idei muzeum w Rydlówce.
       Pierwszeństwo w rekonstrukcji oddano nie szkicowi, lecz didaskaliom. To one, a nie szkic, poprzedzają każde wydanie dramatu, są trwale z nim splecione, tekst ich jest ważnym fragmentem dzieła Wyspiańskiego. Ale i od nich trzeba było dopuszczać się niekiedy odstępstw. Jedne dyktowała architektura oryginalnej izby; zwiększone proporcje sceny zezwalają na ustawienie sprzętów zgodnie ze wskazówkami Wyspiańskiego, to proporcje są mniejsze i prawdziwe, tworzą gorset, w którym musi zmieścić się rekonstrukcja wnętrza. Drugie wynikały ze zdrowego rozsądku i szacunku dla przyszłego zwiedzającego. Muzeum to miejsce, w którym budzi się wyobraźnia człowieka, to sztucznie stworzona okazja do opowiadania sobie tego, czego nie pokazano. Ekspozycja więc odwołuje się często do wyobraźni zwiedzającego za pomocą kartoników z fragmentami didaskaliów "Wesela", umieszczonych tam, gdzie przesadą byłoby dosłowne ilustrowanie słów Wyspiańskiego.
       Zamierzeniem ekspozycji jest więc nastrój i refleksja. Wprowadzają je muzyka i żywe słowo. Już w izbie "tanecznej" z ukrytych głośników słychać oryginalną ludową kapelę wygrywającą taneczne melodie takie, jakie w tamtych czasach grywano na wiejskich weselach. Potem muzyka nieco przycicha, zanika, rozlega się w izbie "weselnej" przejmujący wątek melodii granej przez Chochoła, w takt której wszyscy obecni w domu weselnym muszą bezwolnie tańczyć, tańczyć, bezmyślnie, bez przerwy. Melodia utrzymana dziś przy życiu chyba tylko dzięki "Weselu". I3yła pochodzenia czeskiego, śpiewano na jej nutę i pieśni żołnierskie w krakowskich koszarach i ludowe we wsiach podkrakowskich. Najbardziej popularna z nich zaczynała się słowami "Za Krakowem czarny las". Kto wie, czy tragicwy kontekst nadany melodii przez Chochoła w "Weselu" nie spowodował dziś jednoznacznego jej odbioru w społeczeństwie, pogrążenia w niepamięci tradycyjnych słów.
       Melodia Chochoła milknie, ustępuje miejsca tekstowi didaskalii, po nich rozlegają się fragmenty I aktu dramatu, odbywającego się tutaj, w izbie weselnej.
       Izba jest "(...) wybielona siwo, prawie błękitna, jednym szarawym tonem półbłękitu obejmująca i sprzęty i ludzi, którzy się przez nią przesuną. (...) ". Na ścianie na wprost wejścia do izby tanecznej - "okienko przysłonięte białą, muślinową firaneczką; nad oknem wieniec dożynkowy z kłosów (...) za oknem .sad (...)" a w nim stoi widoczny dobrze krzew róży, od listopada "(...) na deszczu i w słocie krzew otulony sv .s(omę, w zimawą ochronę okryty". To chochoł, czyli słomiane okrycie krzewu, który w III akcie "Wesela", wywołany po raz pierwszy przez Rachelę w 36 scenie I aktu, zaproszony na wesele przez Pana Młodego a końca I aktu, objawia się dziewięcioletniej Isi (Jadwidze Tetmajerównej) przepędzony przez nią, bo to przecież "głupi śmieć", zjawia się ponownie, "zaklęte słomiane straszydło ", w kulminacyjnej scenie III aktu dramatu, aby na patykach zagrać:
"Miałeś, chamie, złoty róg,
miąłeś, chamie, czapkę z piór:
czapkę wicher niesie,
róg huka po lesie,
ostał ci się ino sznur,
ostał ci się ino sznur."

       Nie krzak róży opatulony w chochoła, ale chochoł cam zosta wezwany na wesele. Był pusty choć nie martwy, skoro grał do posępnego tańca. Symbol niemocy, bezczynności, słów bez pokrycia czynam nieumiejętności zamiany marzeń o niepodległości w działania do nit prowadzące.
       W wieczór listopadowy chyba nie można było dostrzec chochołów przez okna domu Gospodarza. Wyspiański zauważył je znacznie wcześniej, co najmniej dwa lata przed "Weselem". Zafascynowany nimi namalował kilka pasteli "Chochoły" w latach 1898 i 1899. Wiadomo, że jeden z nich znajduje się m. in. w Muzeum Narodowym w Warszawie.
       "Na środku izby stół okrągły", niestety nie ten, który był to w czasie wesela. Gdy w dzisiejszej Rydlówce mieszkał Tetmajer, stał stół okrągły na sześciu nogach, rodem z Ludźmierza. Ten tutaj jest własnością rodziny Rydlów, naprawiony gruntownie w 1969 roku. Stół "pod białym.sutym obrusem ". To co na nim znajduje się jest jednak tylko częściową, świadomie ograniczoną rekonstrukcją. Didaskalia mówią - "przy jarzących, brązowych.świecznikach żydowskich seta zastawa, taferze poniechane tak, jakby dopiero co od nich cala weselna drużba wstała, w nieładzie, gdzie nikt o sprzątaniu nie myśli". Mowa więc o co najmniej dwóch świecznikach. Skojarzeniom i impresjom wystarczy chyba jeden, byle był oryginalny, żydowski. Taki też jest na stole. Zastawy, talerzy poniechanych nie ma. W zamian kartonik na stole z fragmentem didaskaliów. Resztę niech dopowie wyobraźnia... "Około stołu proste drewniane stołki kuchenne" - ku 1 piono je na Kleparzu w 1969 r. - "z białego drzewa". W szkicu Wyspiański zaznaczył - "krzesła kuchenne", lecz na prapremierze ustawiono nie krzesła , ale stołki, a więc bez oparć. Takie też dziś stół otaczają.
       "Przy tym na izbie biurko, zarzucone mnóstwem papierów". Biurko dokładnie odpowiada temu, jakie Karol Frycz utrwalił w swej pamięci. Papiery są przeróżne, związane z Rydlem i Tetmajerem. Wśród nich znamienny bilecik ze słowami L. Rydla: "Wtorek 20 XI. Kochany Kaziu! ślub dziś o 9 rano a Panny Maryi Twój Lucjan". Nie jest to, jak wiele osób sądzi, zaproszenie wysłane Kazimierzowi Przerwie-Tetmajerowi. Adresatem był Kazimierz Kremer, al kuzyn pana młodego, którego zresztą na czepinach nie było. o Obok dowcipne i jakże urozmaicone życzenia Antoniny Domańskiej, ii, Wysłane L. Rydlowi. Warto zapoznać się z nimi. Na szczęście nie ej spełniło się ostatnie życzenie - by Paszkowski podarował mu Tonie. Gdyby tak się stało, nie byłoby dzisiejszej Rydlówki, zmarniałby i rozsypałby się dam "Wesela". A dwór w Toniach? Śladu po nim prawie nie ma.
       Zaraz po otwarciu muzeum częste były głosy, drżące z oburzenia, typu - "Dlaczego wystawiliście tak cenne dokumenty, narażając je na zniszczenie?" Dla organizatorów muzeum to krytyka była źródłem radości. Wszystkie dokumenty są tylko odbitkami kserograficznymi sporządzonymi na archaizowanym papierze. "Ponad biurkiem fotografia Matejkowskiego "Wernyhory" i litograf:czne (tu, w Wiedniu odbita heliograwiura z ok. 1900 r. - S. W.) odbicie matejkowskich "Racławic"
       Fotografia Wernyhory w domu Tetmajerów miała kapitalne znaczenie dla genezy "Wesela". Oddajmy głos Stanisławowi Estreicherowi, którego relacja bezpośrednio przytacza zwierzenia Wyspiańskiego: "(...) w jakiś czas maże w dobry miesiąc po tym weselu (daty dokładniejszej nie pamiętam), przyniósł mi Wyspiański i przeczytał scenę świeżo przez .siebie napisaną, w której toczyły rozmowę dwie osoby: Włodzimierz Tetmujer i Wernyhora. Opowiadał mi, że stojąc w drzwiach pokoju, w którym tańczono (po lewej stronie w sieni domku), widział na ścianie reprodukcję Matejkowskiego Wernyhory, od dawna zajmującego jego wyobraźnię. 1 zadał sobie wówczas pytanie: co by to było, gdyby nagle z tej ściany zstąpił Wernyhora, przynosząc wieść, iż wypełnia się jego proroctwo i że przyszedł czas wyzwolenia z niewoli? Jakie by to wrażenie wywarło na obecnych, jaki skutek wywołało w całym narodzie? Nad tym pytaniem zaczął rozmyślać - myślał po swojemu, to jest szeregiem plastycznych konkretnych obrazów. Myślał o tym zwłaszcza powróciwszy z wesela do domu, a kiedy do mnie przyniósł pierwszą napisaną scenę, miał już zapewne i inne w głowie. Nie opowiadał mi wprawdzie, jak one będą wyglądać - zdaje mi się tylko, że planował zrazu zawrzeć wszystko w jednym akcie (ale tego,szczegółu nie jestem całkiem pewny) ".
       Komu więc jak nie Gospodarzowi - Tetmajerowi miał się ukazać Wernyhora, legendarny kozacki wróżbita z XVIII wieku, który ponoć przepowiedział i upadek i ponowną niepodległość Polski? Do niego więc w noc duchów, w drugim akcie "Wesela" Wernyhora kieruje polecenie:
"Bądź gotów, nim wstanie słońce
Skoro porozselasz gońce,
zgromadzisz lud przed kościołem,
jak są zdrowi, prości, mali;
ażeby godność poznali,
Bogiem powitasz ich kołem,
a wtedy przykaż im ciszą,
niech żaden brzeszczot nie szczęknie,
a skoro rzesza uklęknie,
niech wszyscy natężą słuch:
czy tętentu nie posłyszą
od Krakowskiego Gościńca - ?"

       Patrzmy dalej oczyma Wyspiańskiego - "Przy .ścianie w głębi.sofa wyszarzana". Ma ono rozmiary niewielkie, celowo dopasowana do wymiarów kąta, w którym trzeba było ją zmieścić, "(...) gonad nią (na kilimie, który choć nie wspominany przez didaskalia musiał się tam znajdować, taki już był obyczaj, że broni nie wieszało się na gołej ścianie, obyczaj respektowany także przez dekorację prapremiery "Wesela" i prawie wszystkie inne inscenizacje - S. W.) złożone na krzyż szable, flinty, posy podróżne, torba skórzana", rekwizyty szlacheckie Tetmajerów. Po drugiej stronie drzwi alkierza, "w innym kącie piec bielony do maści z izbą; obok pieca stolik, (powinien być "empire, zdobny resztkami brązów", ale na razie nie udało się takiego uzyskać, tymczasem musi wystarczyć biedermajer - S. W.) na którym zegar story, alabastrowymi kolumienkami dźwigający złocony krąg godzin; nad zegarem portret pięknej damy w stroju 1840 w lekkim muślinowym zawoju przy twarzy młodej w lokach i na ciemnej sukni". Damą na portrecie jest Róża Dembińska z Tetmajerów, rzeczywiście portretowana w latach czterdziestych XIX wieku. Oryginał znajduje się w Tetmajerówce, to wisi kopia pędzla Z. Pabisiaka (1970).
       "U boku drzwi weselnych skrzynia ogromna wyprawna wiejska, malowana w kwiatki pstre i pstre desenie; wytarta już i wyblakła". Odegrała ona swoją rolę w dramacie. Gdy Wernyhora odjeżdżał sprzed domu weselnego w środku nocy, koń jego zgubił podkowę. Złotą. Znalazł ją jedenastoletni Kuba (Jakub Mikołajczyk). Z rąk jego przeszła w ręce Gospodarza, który najpierw chciał:
"Zwołać ludzi - spadło z nieba;
trza pokazać zgromadzeniu"
.
       Gospodyni była innego zdania:
Nie ma cego - Scęście w ręku;
tego z ręki się nie zbywa,
w tajemnicy się ukrywa,
światom się nie przekazuje:
Scęście swoje się szanuje!"
To i przypomnienie, że podkowa jest złota, przekonało Gospodarza. Polecił wówczas Gospodyni:
"Rzuć do skrzyni!
Prawdziwieś do ręki wzięła;
szczęście swoje się szanuje,"

       I zniknęła w skrzyni w jednym z jej półskrzynków, na zawsze. Czepiec, który dowiedział się o wizycie Wernyhory, wiadomość o złotej podkowie schowanej w skrzyni uznał za ostatni i najbardziej przekonywujący dowód, że rozmowa Wernyhory z Gospodarzem nie jest wymysłem parobków i że pora działać. Ale złotej podkowy po ukryciu jej w skrzyni nikt już nigdy nie ujrzał.
       Teraz skierujmy wzrok w inną strobę: "Pod oknem (od strony chochoła - S. W.) scary grat, fotel z wysokim oparciem. Nad drzwiami weselnymi (do izby weselnej - S. W.) Ogromny obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej z jej sukienką srebrną i złotym otokiem promieni na tle głębokiego szafiru; a nad drzwiami alkierza takiż ogromny obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, w utkanej wzorzystej szacie, w koralach i koronie Polskiej Królowej z Dzieciątkiem, które rączkę ku błogosławieństwu wzniosło ". Nie trzeba mieć dar spostrzegawczości, by zauważyć, że oba obrazy stylem i sposobem malowania różną się znacznie. Obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej zdradza zdecydowanie styl samego Wyspiańskiego. Niestety nie jest to oryginał, który był dziełem Wyspiańskiego wykonanym jako element dekoracji prapremiery "Wesela". Wyspiański namalował oba obrazy - Ostrobramskiej i Częstochowskiej. Później wykonano na jego polecenie kopie. Oryginały zatrzymał, kopie pozostały w teatrze. Używane były i w innych przedstawieniach, nie tylko "Wesela". Oryginały znajdujące się a Wyspiańskiego zaginęły, ocalała tylko jedna kopia obrazu Matki Boskiej Ostrobramskiej, dzieło Zygmunta Wierciaka, przechowywana w Muzeum Narodowym we Wrocławiu. Wymiary jej rzeczywiście są duże: 0,85 x 1,20 m. Z tej kopii dla Rydlówki wykonana została kolejna (wymiary 93 x 70 cm), która zawisła nad drzwiami do izby weselnej.
       Nad drzwiami do alkierza wisi XIX-wieczna ludowa kopia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, wprawdzie nie ogromna, ale i nie mała (61 x 40,5 cm). Większy obraz po prostu nie zmieściliby się w przestrzeni między futryną a stropem. Taki sam obraz wisiał tutaj w 1900 roku, sporo ich było w dworach i chałupach. A więc dwa różne obrazy -jeden rzeczywisty, drugi sceniczny -łączące realia wesela roku 1900 z realiami prapremiery "Wesela" w dniu 16 III 1901 r.
       Wreszcie "strop drewniany w długie belki proste z wypisanym na nich Słowem Bożym i rokiem pobudowania": NIECHAY BĘDZIE POCHWALONY AD MD CCCLXLIV WIEKI WIEKÓW CHRYSTUS PAN. Alkierz. Stare zdjęcia.
       Alkierz. O alkierzu wiadomo tylko tyle z didaskalii: "(...) A na .ścianie głębnej drzwi do alkierzyka, gdzie lóżka gospodarstwa i kolyska i pośpione na tóżkach dzieci, a górą zszeregowani Święci obrazkowi". Służył zatem za sypialnię. Opis ten zgadza się z relacją córki Tetmajera, Klementyny Rybickiej. Były tam i rzędem powieszone obrazy świętych, byty też łóżka, znajdowała się malowana w kwiaty kołyska, gdyż ówcześnie najmłodsza z córek Tetmajera- Magdalena-zwana przez rodzinę "Dudu", później po mężu Frankiewiczowa - była niemowlęciem. Kołyska służyła potem ostatniej z córek Krystynie, która urodziła się po weselu, obecnie po mężu p. Skąpskiej. Gdy kołyska skończyła służbę w domu Tetmajerów, powędrowała gdzieś do ludzi i ślad wszelki po niej się zatracił. Wiadomo też, że w alkierzu były w tym czasie jakieś meble jesionowe, szafy orzechowe. Nie ma ich dziś w Rydlówce. Rekonstrukcja dawnego wnętrza alkierza nie miałaby więc sensu. Wystarczy kartonik z zacytowanym wstępem didaskaliów, przypięty do framugi drzwi.
       Alkierz obecnie poświęcono uczestnikom wesela - prototypom bohaterów sztuki. Stare zdjęcia, oprawne w ramki z tamtych lat, zestawiono w grupy, w jakie Wyspiański połączył postacie w "Weselu. Razem zatem znalazły się zdjęcia Jadwigi i Lucjana Rydlów, którym towarzyszy tryptyk fotograficzny z czasów ich prawie dziesięcioletniego zamieszkiwania w Toniach.
       We wnęce okiennej z prawej strony kopie (celowo wykonane w 1970 r., aby ochronić oryginały przed promieniami słonecznymi) rysunków Włodzimierza Tetmajera przedstawiających jego teściów - Jadwigę i Jacentego Mikołajczyków.
       Naprzeciw fotografie grupy członków rodziny Mikołajczyków. Wśród nich Kasper Czepiec (Kasper) Jakub i Jan Mikołajczykowie (Kuba i Jasiek), Maria Mikołajczykówna (Marysia) i duże zdjęcie zbiorowe całej rodziny.
       Centrum środkowej ściany zajmuje obraz Ludwika Machalskiego (nie datowany) oraz fotografia przedstawiające Rydlówkę jeszcze przed przebudową. Poniżej zdjęcie nieistniejącego już domu Mikołajczyków, rodziców Panny Młodej.
       Obok po prawej stronie, w jednej grupie, zdjęcia Kazimierza PrzerwyTetmajera, Poety w "Weselu" i Racheli (Józefy Singer). Wisi to także portret Racheli, namalowany w 20 lat od chwili wesela przez Isię -Jadwigę Tetmajer. Po drugiej stronie drzwi-zdjęcie Hirsza Singera, Ojca Racheli, Karczmarza w Bronowicach, Żyda z "Wesela", Błażeja Czepca z żoną i fotografia zbiorowa innych mieszkańców wsi. Na nim między innymi osobami dalsi "bohaterowie" sztuki - Wojtek (Wojciech Susuł) i Klimina (Anna Klimina).
       Po drugiej stronie, na ścianie przyległej do izby weselnej kilka fotografii gości z miasta - zbiorowe zdjęcie przyjaciół Rydla, zdjęcia Antoniny Domańskiej (Radczyni), Marii i Zofii Pareńskich (Maryny i Zosi), Rudolfa Starzewskiego, redaktora "Czasu" (Dziennikarza), Anny Rydlówny, siostry Pana Młodego (Haneczki).
       Ekspozycję dopełniają dwie serwantki, krakowska skrzynia wyprawna Jadwigi Rydlowej i krzesło projektu Wyspiańskiego. Z sześciu krzeseł dochowało się tylko to jedno.
       W większej serwantce dzieła (zbiory poezji, dramaty i inne utwory literackie) Lucjana Rydla oraz Stanisława Wyspiańskiego. Znamienny jest egzemplarz "Legionu" Wyspiańskiego z serdeczną dedykacją dla Lucjana Rydla. Znamienny dlatego, że nosi datę 27 stycznia 1901 r. Pokora miesiąca przed prapremierą "Wesela". Książek Wyspiańskiego z późniejszymi dedykacjami dla Rydla ani w posiadaniu rodziny Rydlów ani w Muzeum nie ma. Na serwantce popiersie Jadwigi Rydlowej dzieło nieustalonego artysty. W mniejszej serwantce, tzw. kątówce, drobiazgi pozostałe po Annie Rydlównej (Haneczce), Józefie Singer (Racheli) a nawet mycka Hirsza Singera (Żyda). Serwantkę wieńczy piękny, majolikowy wazon projektu K. Laszczki. Jedna z figur na wazonie, przedstawiająca bożka Pana, posiada rysy twarzy L. Wyczółkowskiego.
       Warto w końcu rzucić okiem na piękną secesyjną lampę naftową z różowym kloszem, zdobnym motywem pawi.
       Nie bez powodu wybrany został dzień 21 listopada 1969 r. na chwilę otwarcia Muzeum. Była to przecież rocznica pamiętnych czepin. Od tej pory rok rocznie, w rocznicę czepin odbywa się w Rydlówce uroczystość osadzania chochoła na krzewie róży przed oknem izby weselnej. Utarł się już obyczaj - ktoś niedawno zdążył nazwać go - ...odwiecznym -że w południe mieszkańcy Bronowic zdążają do Rydlówki, by znowu zmieszać się z gośćmi z miasta. W ostatnich latach utrwalił się ostatecznie następujący porządek obchodów: po przyśpiewkach bronowickich, w których niejednemu to i owo się czasem dostanie, dzieci ze szkól w Bronowicach osadzają chochola przy dźwiękach kapeli ludowej, fundowanej, znowu już tradycja, przez Spółdzielnię Pracy Artystycznej im. St. Wyspiańskiego.
      W takiej chwili zanika wszelka przenośnia słów "Wesela", mają tylko sens dosłowny:
"nie przeziębi najgorszy mróz,
jeśli kto ma zapach róż;
owiną go w słomę zbóż
a na wiosnę go odwiążą
i sam odkwitnie"

      Druga część uroczystości w Bali tanecznej Rydlówki. W tłoku, ciżbie, zawsze krótka gawęda, mini odczyt na temat związany z Młodą Polską, Rydlówką. Potem występy artystów teatrów krakowskich. A na koniec bronowicki poczęstunek - kołacz roznoszony w przetakach. Świece palą się wszędzie, powoli za oknem mrok zapada, kończy się Rydlówki święto.

(c) 2000-2003
Page designed by
Karol Kwiatek
karol@w.pl